Sen Zimowy

Gasną szczypki,
nocka szczera,
a zza szybki,
sen zaziera,
a drzymota
spoza płota
Teofil Lenartowicz
Krótkie dni i długie zimowe noce, uśpiona natura i chrapiący w swym legowisku niedźwiedź , są odpowiednim akompaniamentem do językowych rozważan o spaniu, sennych marzeniach i śniętych rybach, którym z pewnością nie śni się wieczerza wigilijna.
W polszczyźnie „sen” ma podwójne znaczenie spania, czyli codziennej ucieczki w rejony poza normalną świadomość , oraz marzeń sennych – czegoś w rodzaju osobistych wideo-filmów, nakręcanych, reżyserowanych i oglądanych przez nas samych. „Drzymota”, która w strofach poety wałęsa się za płotem, to też pewien gatunek snu, znany lepiej jako „drzemka”, którą sobie „ucinamy” – niewątpliwie, aby podkreślić jej krótkość. Koty poświęcają wiele czasu na tego rodzaju półsen i stąd zapewne pochodzi powiedzenie „kocia drzemka” (ang. cat -nap), która najczęściej zmorzy nas „na siedząco”. Popołudniowa siesta jest uświęcona zwyczajem w cieplejszych klimatach; w chłodnych krajach ludzie nauczyli się drzemać w miejscu pracy z otwartymi oczami.

W polszczyźnie mamy kilka słów na określenie tego stanu nieprzytomności, w którym wędrujemy w „rajską dziedzinę ułudy”. Czasownik „spać”, wywodząc swó rodowód od staro-hinduskiego „swapati” o tym samym znaczeniu, jest spokrewniony z wieloma innymi słowami w językach europejskich. Czasem nawet trudno dostrzec tę więź w anglo-saksońskim „swefan”, ale łatwiej – przez skojarzenia oparte na fałszywej etymologii – ze staro-nordyjskim „sofa” (słowo tureckie na określenie kanapy na której też można się przespać, zamiast wygniatać łóżko). Rzeczownik „sen” wyrósł z tego samego korzenia językowego ale, jak już wspomniałem powyżej, ma dwa różne znaczenia, które tworzą semantyczny bałagan, łącząc fizjologiczną funkcję spania („sen- śmierci brat, kochanek maku”) z psychologiczną funkcją tworzenia snów w postaci marzeń sennych. Polak uczący się angielskiego i wciąż myślący po polsku, może łatwo wpaść w tę pułapkę i powiedzieć, że miał „some interesting sleeps” albo bardziej niepokojąco „I never have any sleeps”.
Rzeczownik „śnienie” pojawia się głównie w opisach tzw „świadomego śnienia” (lucid dreaming), ale w codziennej, potocznej mowie żonglujemy zwykle dwupojęciowym snem. W ciągu swego długiego istnienia przyciągnął on ku sobie mnóstwo czasowników, przymiotników, powiedzonek i metafor, które umieszczają go we właściwej przegródce znaczeniowej. Symbolami spokojnego, cichego lub głebokiego snu są anioły, noworodki, kamienie, kłody i susły, mimo że śpiący anioł-stróż jest nie do pomyślenia, noworodki nie rzadko powodują bezsenność rodziców, zaś kamienie i kłody są w stanie odwiecznej katalepsji.
Suseł zyskał swoją reputację śpiocha tylko dlatego, że zapada w sen zimowy, z którego nie jest go łatwo obudzić. Sen musiał widocznie budzić kiedyś skojarzenia z uczuciem głodu, bo łączył je ten sam czasownik „morzyć” – co Michał Zabłocki podchwycił w piosence „Bracka” (wyk. Grzegorz Turnau):
„na północy ściął mróz
z nieba spadł wielki wóz
przykrył drogi pola i lasy
myśli zmarzły na lód
dobre sny zmorzyl głód
lecz przynajmniej się można przestraszyć.”
Sny, które przyśnią się nam po zaśnięciu, mogą rozbłysnąć w technikolorach albo wlec się przez całą noc jak trzeciorzędny film w podmiejskim kinie. Ale sny są jak powietrze – dostępne dla każdego, za darmo. Bogacze i biedota, mędrcy i głupcy – wszyscy śnią i to co im się marzy w snach, usiłują zrozumieć. Zanim dr Freud odkrył przed zdumionym światem nagą prawdę o tajemniczym języku snów , nasze matki, babki i prababcie zaglądały do senników egipskich, aby dowiedzieć się znaczenia ich nocnych doświadczeń w objęciach Morfeusza. Gdy to nie pomogło, zawsze pozostała ucieczka w ludowe zaklęcie: „sen mara – Bóg wiara.” „Mara” wkradła się do wielu języków europejskich . Anglo-saksońska „mare”, staro-nordycka „mara” Wikingów czy wreszcie spolszczony przez nas francuski „cauchemar” (koszmar) oznaczają tę samą napastliwą, duszącą śpiącego zmorę. W poetyckiej wyobraźni Leśmiana „owa zmora, co ma kibić piły” kusiła wybrańca swymi zębami:
„Oczaruj się tym widokiem, coś go nie widywał,
Ośnijże się tymi snami, coś ich nie wyśniwał.”
Tylko poecie wolno snuć takie magiczne czasowniki z przędzy trzeźwych rzeczowników.

Śliziki
Nazwa jednej z mało znanych (poza Suwalszczyzną?) potraw wigilijnych – także śliżyki albo śleżyki. Jest to regionalna odmiana klusków z makiem, której głównym składnikiem jest coś w rodzaju „zupy” makowej. Krótki przepis na ten smakołyk zawdzięczam „pennie” z listy dyskusyjnej „Polszczyzna”: „Na gorącą „zupę” potrzebny jest mak (zmielony jak na makowiec), cukier, mód, w nie za dużych ilościach rozdrobnione orzechy i rodzynki, no i woda. Aha, dodaje się też smietankę, raczej słodką, a nie kwaśną. Upieczone do lekkiego zrumienienia kluski(grzanki?) wrzuca się do wazy z gorącą „zupą”, gdzie (lub na talerzu) lekko namakają. Ta makowa zupka powinna być „zawiesista”, doradza penna. Grzanki/śliziki robi się według przepisu na kruche ciasto. Zrolowane na cienkie wałeczki ciasto kroi się na malutkie kawałki (wielkości dużego grochu) i piecze na blasze pokrytej papierem do pieczenia aby się nie posklejały, bo rosną.
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: