W Tyglu Wyobraźni

O polskie dźwięki, tak spojnie związane
będziecie w lata czytane
Będą się uczyć z was słów mowy zboru,
w was mając skarby wyboru..”.
S.Wyspiański: Zygmunt August

Nasza mowa potoczna leje się jak woda z kranu. Wyrażenia
i zwroty, przenośnie i utarte frazesy płyną beztroskim strumieniem słów, które bulgoczą pod progiem świadomości,
tak jak były zasłyszane w naszym dzieciństwie, w szkole, na ulicy czy w pracy. Powtarzamy je bez głębszego namysłu, bo zawsze były i pozostaną włóknami, które zrosły się nierozerwalnie z  naszą polszczyzną. Nic dziwnego.że nieporozumienia w rozmowach chyboczą się ustawicznie jak pijany linoskoczek nad przepaścią dwuznaczników.Na szczęście, przed upadkiem chroni nas wbudowana w mózg sieć bezpieczeństwa, która  ostrzega nas przed zbyt dosłownym tłumaczeniem zwrotów mowy.
Gdy nasz przyjaciel informuje nas, że przez dwa miesiące był „przykuty do łóżka”, nasze sito językowe odrzuca podejrzenie że był on pacjentem w szpitalu dla nerwowo chorych albo przestępcą pod nadzorem , nawet jeśli takie możliwości istnieją na dalszym planie.  W takich sytuacjach „co się stało?” jest bardziej dyplomatycznym pytaniem niż  „ a dlaczego cię przykuli?”  . Aczkolwiek „przykuwanie” wiąże się z pojęciem łancuchów, kajdanów, niewolników, galer i zesłańców na Sybir, machinalnie wykluczamy te obrazy z danej sytuacji domyślając się, że naszego druha powaliła albo jakaś choroba czy też może złamał nogę.
W ciągu dalszej rozmowy dowiadujemy się, że ktoś inny był „jedną nogą na drugim świecie”. Szybko usunąwszy z wyobraźni wizję kogoś  stojącego w rozkroku między niebem i ziemią, sięgamy do lamusa prostych wyjaśnień. Jeśli powiemy  że facet o mały włos nie wyciągnął nóg, to wciąż wpadamy w podwójną  pułapkę metaforycznych wyrażeń w które obfituje nasza bogata mowa.
*  *  *
Włos zachował się do dzisiejszego dnia jako jako jednostka miary, co prawda niezbyt dokładnej, ale dającej niezłe pojęcie o tym jak mało brakowało komuś do śmierci  zwanej pospolicie  „wyciągnięciem nóg”.Ale wyciąganie nie jest zawsze śmiertelne. W tłoku wyciągamy szyję, aby coś lepiej zobaczyć – ale szyja nie umiera; wyciągnięte ręce, ramiona, wnioski czy choćby nogi biegnącego szybko człowieka także nie sygnalizują zejścia ze świata. Natomiast kości, gnaty i obolałe członki  wyciągamy w celu odpoczynku raczej niż wiecznego spoczynku. Już dawno temu nasi przodkowie wpadli na pomysł  używania różnych części ciała do mierzenia powierzchni, co niewątpliwie było korzystne dla olbrzymów, ale niezbyt sprawiedliwe dla karzełków. Najmniejszą miarą był cal, którego nazwa przyszła do nas w tobołkach kupców niemieckich. Rzymianie dali Anglikom „inch” okrężną drogą przez  „uncia” od „unguis” – paznokieć, przypuszczalnie kciuka, który miał długość 2,54 cm.Prawzorem tych wymiarów był zapewne jakiś mityczny król-bóstwo, którego paznokcie, stopy i łokcie kapłani zmierzyli i ogłosili jako świętą miarę opartą na dekretach niebiańskich. Jedną staropolską miarą, która dziś istnieje tylko jako nazwa zwoju sukna, był „postaw” mierzący 32 łokcie.
Ciekawym zjawiskiem są miary istniejące tylko w naszej wyobraźni, ale często pojawiające sie w codziennej mowie. Taką fikcyjną miarą jest wspomniany już tutaj „włos” i do tej samej kategorii możemy zaliczyć „brud za paznokciami” , „na owinięcie palca”, „szczyptę” , „krztyną” i „garstkę”.  Mimo że takie mgliste pojęcia nie mają oficjalnych wymiarów. to jednak jakiś szósty zmysł pozwala nam domyślić się ile mniej więcej dać sąsiadce, która chce pożyczyć od nas odrobinę cukru albo ociupinkę masła. Oczywiście, jeśli ktoś  domaga się lwiej porcji  kawiaru to dostanie od nas figę i odejdzie z kwitkiem. Stare przysłowie upiera się, że  „na Nowy Rok przybywa dnia na barani skok”, chociaż  nikt nie wie jak daleko baran może skoczyć i czy to jest kawał czasu czy może tylko mgnienie oka a nawet ten nieuchwytny moment między ustami a brzegiem pucharu, który mierzymy w  nanosekundach i nazywamy czasem realnym. Poza internetem czas wlecze się jak ślimak. Szybkość, jak każde dziecko wie, jest pojęciem względnym.Nic dziwnego, że i tutaj uciekamy w gęstwinę mglistych przenośni, gdzie porównujemy nasze relatywnie niezdarne ruchy do strzał. błyskawic, piorunów, szaleństwa i gorączki. Myślenie jest dość wątpliwą miarą szybkości, o czym świadczą zderzenia metaforyczne poetów. Dla Słowackiego myśl „nie śmiała biec skrajem przewróconej kuli”, zaś dla Orkana  „jak kamień leci myśl twoja w bezedna…” podczas gdy inni słowotwórcy piszą o myślach, które albo gonią się albo są ciężkie jak ołów. Naukowcy mają już instrumenty do mierzenia czynności mózgowych (alfy i bety mają nawet analfabeci), ale nikt jeszcze nie wynalazł takiego liczydła które pozwoliłoby stworzyć klasę szybkobiegaczy i łazęgów myślowych.
Słowa są jak pierwiastki chemiczne, które łączą się w skomplikowanym tańcu wzajemnych sympatii tworząc zdumiewające skojarzenia, malując barwne obrazy i komponując dźwięczne melodie naszej mowy. Tyglem w którym bulgoczą ustawicznie te reakcje słowne jest nasza wyobraźnia. O niej właśnie pisal w „Słówkach” niezrównany Tadeusz Boy-Żeleński:
Gdy coś mnie nadto wzruszy
Lub serce mi podrażni
Chowam się aż po uszy
Do swojej wyobraźni
Tam o każdziutkiej porze
Schronienie mam zaciszne,
Gdzie myśl wyprawiać może
Przeróżne rzeczy śmiszne.
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Tagi: , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: