Wasza Miłość

Skończ waść! wstydu oszczędź!” (Kmicic)

Trudno uwierzyć, że słowo tak uczuciowo nasycone jak „miłość”, było ongiś raczej przyziemnym zwrotem grzecznościowym. Niższe klasy musiały adresować każdą wyżej społecznie usytuowaną osobę przez „Wasza Miłość”. Po iluś tam latach takiego „miłościowania”, ludziom widocznie znudziła się ta hipokryzja (arystokracja,szlachta, panowie nie cieszyli się zbyt wielką miłością niższych sfer) bo stopniowo odpadły cząstki i kawałki całej frazy i najpierw została się „M–ość” (mości pani, mości panie), a później „Wasz-mość”, „jego-mość” „waść” i „waćpan”, a z Waszmości Dobrodzieja powstał „asindziej”. Szlachta zaczęła wymyślać coraz to nowe permutacje jak „acan”,
„mosterdziej” czy aśćka. Chociaż miłość jest już słowem zadomowionym w językach słowiańskich od wieków, jego korzenie sięgają w staro-hinduskie „majas- radość, przyjemność, rozkosz”. Stamtąd wkradło się pod różnymi postaciami do wielu innych narodów – w Rzymie pojawiło
się jako „mitis- łagodny, łaskawy” (ang. mitigate, pol. mitygować); na Litwie – „miłas – miły”, a w Irlandii – „moith- delikatny”.

We frazeologicznej zagrodzie „miłości” znajdziemy wiele ciepłych jeszcze śladów przemian obyczajowych i kulturowych. W okresie romantyzmu np miłość „platoniczna” była w modzie, bo w ten sposób uciekano od komplikacji seksualno-małżeńskich. Później restrykcje wiktoriańskie rozluźniły się nieco i pojawiła sie „wolna”, bezślubna miłość, stawiając miłość małżeńską w dość dwuznacznie skrępowanej sytuacji. W kalendarzach XIX wieku często ukazywały się różnego rodzaju podręczniki dla flirtujących konkurentów i nieśmiałych dziewic, pouczające ich jak należy wyrażać budzącą się miłość za pomocą „języka kwiatów”. Biała chryzantema deklarowała „miłość, która nie rdzewieje” (ale nieubłaganie więdnie?), zaś floks był pełnym dramatu (albo przebiegłości) ostrzeżeniem: „spalmy nasze listy”.
Bukiet z pięciu mieczyków oznaczał randkę o piątej, ale gdy ukochana nie pojawiła się, wówczas zawiedziony amant mógł posłać jej malwę („twoja ostrożność sprawia mi ból”) albo lwi pyszczek („przybądź jak najszybciej”). Dzisiaj ukochane kobiety też otrzymują bukiety kwiatów, ale nikt już nie rozumie ich mowy.
* * *
Kwiaty lub, ściślej mówiąc, ich zapachy użytkuje dziś sprytnie lukratywny przemysł perfumeryjny. Wątpię czy buteleczka z rozpylaczem kupiona za bajońskie sumy jest równie wymowna w języku kwiatów jak bukiet płomiennie czerwonych róż, ale może dzisiejsze pokolenie daje się łatwiej złapać na język przynęt reklamowych. Weźmy np takie dość typowe zachwalanie perfum wzorowanych na słynnych wyrobach francuskich: ” Zapach typu „In Love Again” Yves St. Laurent. Górna linia zapachu to woń owoców cytrusowych i bergamotki. Na nutę serca składa się aromat melona, brzoskwini i geranium. Całość zamyka zapach białych kwiatów: lilii, jaśminu, frezji oraz piżma. ” Z takim koktailem kwiatów, owoców i piżma, użytkowniczka z pewnościa miałaby trudności w zrozumieniu wonnego bełkotu takiej buteleczki, jeśli wielbiciel chciał w ten sposób zaszyfrować swe uczucia. Tak czy inaczej, esencje zapachów kwietnych są dziś często wytwarzane chemicznie w laboratoriach przemysłowych, a te sztuczne składniki stanowczo nie nadają się do przesyłania zakodowanych wyznań między parą kochanków.
Natomiast wróżenie przy pomocy kwiatów jest uświęcone długą tradycją – od rzucania do rzeki dziewiczych ianuszków do zdmuchiwania delikatnego pióropusza owoców mniszka pospolitego, słusznie noszącego także miano „dmuchawca”.
W przedwojennej balladzie ulicznej, tak śpiewano o ajbardziej popularnej romantycznej parze rzedwojennego świata:
„Nad brzegiem morza, stał Edward Ósmy
listki akacji obrywał,
kocha nie kocha, lubi, szanuje
i Simpsonową przyzywał”.
Akacje, czterolistne koniczyny czy nieuchwytny kwiat paproci zaistniały w wierzeniach ludowych jako wpół zatarte ślady dawnych obrzędów pogańskich, które ustąpiły pod naporem chrześcijaństwa.Ciekawym zjawiskiem kulturowym jest niewątpliwie sukces zielarstwa które, niemal niepostrzeżenie, przeszło ze świątyń dawnych religii w ręce mnichów, znajdując bezpieczny przytułek w ogrodach klasztornych. Dzisiaj zielarnie (albo „apteki zielne”) stawiają dzielnie czoła potędze wielkich firm farmaceutycznych, które też już nie gardzą prastarą wiedzą znachorów i powoli wprowadzają coraz więcej ziół do ich repertuaru chemicznego paskudztwa. Nasze babki i prababki wierzyły w napary kwiatów lipy, rumianku, dziurawca i mięty, owoców głogu i liści babki zwyczajnej na różne bóle i dolegliwości; młodsze pokolenie sięga po bardziej egzotyczne miłorzęby (Gingko biloba), żenszenie (Ginseng) i zawciągi (Ceratostigma willmotiana).
Wiosna już nie tak daleko, więc warto się pewnie zaopatrzyć w podręczną apteczkę ziółek na łagodzenie skutków zimowego wyczerpania organizmu. Czosnek z półek supermarketów lub w bezwonnych pigułkach z apteki był kiedyś skutecznł bronią przeciwko złym duchom, ale dziś jest skutecznym środkiem na obniżenie ciśnienia tętniczego, pomaga w zaburzeniach żołądka i uodpornia organizm w okresie epidemii grypy. Od czerwonoskórych i wojowniczych Siuksów nauczyliśmy się doceniać niezwykle szerokie działanie lecznicze jeżówki purpurowej (Echinacea angustifolia), która pomaga szybko we wszelkich chorobach zapalnych, skutecznie zwalczając wirusy i bakterie. I wreszcie miłek wiosenny( Adonis vernalis) pasuje swoją nazwą do tematu miłości i wiosny, zwłaszcza że działa pobudzająco na skurcz mięśnia sercowego, rzekomo skuteczniej niż tradycyjna naparstnica. Ze względu na jego trujące właściwości, miłek jest dostępny tylko pod nadzorem lekarza.
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: