Tyle Co Kot Napłakał

Bóg mi odmówił tej anielskiej miary
Bez której ludzion nie zda się poeta;
Gdybym ją posiadł, świat ubrałbym w czary,
A że jej nie mam, jestem wierszokleta.”
Z. Krasiński

Pewien dostojny profesor  uniwersytetu miał kiedyś wygłosić odczyt. Tytuł był zlekka odstraszający – coś w rodzaju   „Parametry funkcjonalne w użytkowaniu liczb irracjonalnych”, ale dla  żądnych wiedzy  ludzi takie drobnostki nie powinny być przeszkodą. Gdy prelegent pojawił sie wreszcie na podium, w sali wykładowej siedziały trzy osoby.   Pan profesor schował papiery do teczki i spytał z cierpkim uśmiechem:  „Czy państwo grają może w brydża?”

W tym wypadku angielskie powiedzenie, że  ” dwie osoby – to jest towarzystwo, ale trzy osoby – to tłum” nie przekonałoby zawiedzionego prelegenta. Po powrocie do domu, rozczarowany profesor mógł użalić się przed swoją żoną , narzekając że nawet pies z kulawą nogą nie przyszedł na jego odczyt. Natomiast dziennikarz wyraziłby się może bardziej oględnie, donosząc że „sala wykładowa świeciła pustkami” (mimo że światła były pogaszone).  Natomiast któryś z uszczypliwych kolegów profesora puścił w obieg pogłoskę , że „na odczycie starego  XYZeta nie było żywej duszy”, mimo że to był odczyt a nie seans spirytystyczny.

Określanie różnych ilości – osób bądź przedmiotów – umyka często w rejony fantazji gdzie możemy puszczać wodze naszym skłonnościom do przesady lub do mglistych pojęć z pogranicza mądrości ludowej.  Skąd się wzięła np taka dziwna miara jak kocie łzy?  Wiadomo przecież, że tylko krokodyle wylewają łzy którym i tak nikt nie wierzy. „Tyle co kot napłakał”  jest  odrobiną, ale jak się mierzy odrobinę?  Tutaj od razu wpadamy w gęstwinę ździebełek, cząsteczek i maciupeńkich kawałeczków i wciąż nie mamy zielonego pojęcia ile właściwie łez ten kot-mierniczy napłakał.

Jeśli ktoś jest chudy, to podejrzewamy,że je jak wróbelek, chociaż byle pedant  udowodni nam z niezbitą pewnością. że wziąwszy pod uwagę proporcje obu istot, człowieka jedzącego jak wróbel należałoby zaliczyć do obżartuchów.  Okruszyna okruszynie nierówna , nawet jeśli nasz głodomór siada przy stole aby tylko wziąć coś „na ząbek”, to i tak będzie to więcej niż parenaście ziarenek w dzióbku wróbla.

Członkami ciała da sią mierzyć to i owo. Niezbyt precyzyjnie,co prawda, ale oceniamy przecież wiele rzeczy „na oko” i nawet jeśli pomylimy się ” o mały włos”, to  taka „ociupinka” nie będzie miała wielkiego znaczenia. Gdy ktoś nas upewnia, że wziął dla  siebie tyle co „na owinięcie palca”, to od razu nasuwa się pytanie ile razy ten jego paluch został owinięty złotym łańcuszkiem.  Od paluszka łatwo przesunąć się do naparstka w którym, rzecz jasna, nie zmieści się wiele cukru dla sąsiadki, gdy przyszła poprosić o taką właśnie skromną  ilość tego produktu do osłodzenia kawy.

Takie słowne pomniejszanie naszych zakusów na cudze zapasy jest ustalonym przez zwyczaj rytuałem, którego głównym celem jest zapewnienie drugiej osoby, że nie mamy zamiaru opróżnić jej śpiżarni. Ale im bardziej pomniejszamy pożądaną ilość takich bezwrotnych pożyczek sąsiedzkich, tym większe ryzyko, że otrzymamy dokładnie to, o co prosimy. Tak więc lepiej jest  unikać  takich określeń jak „ciut-ciut” albo „na paznokieć”, bo sąsiad skąpiradło może przetłumaczyć sobie takie miniaturowe wymagania na „nic a nic” i odejdziemy z kwitkiem.

Pod paznokciami ukrywa się jeszcze jedna miara z gatunku minimalnych ilości.  „Tyle w tym prawdy, co brudu za paznokciami”, mówi stare przysłowie, które świadczy nieźle o naszym rzekomym zamiłowaniu do robienia sobie manikiuru. Im dłuższe paznokcie, tym łatwiej zbierać pod nimi  ten przedziwny czarnoziem, którego pochodzenie jest jedną z głębszych tajemnic ciągłej walki człowieka z jego otoczeniem. Niskie dochody, nędzna płaca czy  liche zarobki mają swoją własną skalę drobnostkową.  „Za mało żeby żyć, za dużo żeby umrzeć” jest jednym z ironicznych określeń  wynagrodzenia dla wyzyskiwanych przez ten czy inny system robotników-niewolników. Pracują oni za „psie pieniadze” i ledwie potrafią zarobić na „sól do kaszy”. Ta niezbędna przyprawa jest  z pewnością  mierzona na „szczypty” czyli tyle ile da się uszczknąć między dwoma palcami. A gdy się haruje za pół darmo, to nic dziwnego że pod koniec tygodnia nie ma się przy duszy „złamanego grosza”.

„Tyle” określa dowolną ilość, którą można wyrazić jak nam się podoba, używając odpowiednich porównań lub nawet gestów takich jak „figa” czyli – według Małego Słownika – „pięść z kciukiem umieszczonym między palcem wskazującym a środkowym oznaczającym nie, nic z tego.”  Nasza swojska „figa” przybyła do nas rzekomo z Włoch, gdzie tubylcy  mają bogaty słownik takich właśnie gestow za którymi kryją  się różne mniej lub więcej obelżywe powiedzonka.  „Far le fiche” jak francuskie „faire la figue” czy angielskie „it’s not worth a fig” jest starym jak świat wyrażeniem pogardy dla kogoś lub czegoś.Tę figę jednak wyraża się pstryknięciem palców a to ma w polskim znaczenie „funta kłaków warte”. Nasz dosadny gest pokazywania komuś figi miał kiedyś bardziej wulgarne znaczenie, które z czasem utonęło w objęciach Cioci Przyzwoitki. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: