Hordy Talibów nad Wisłą

„Młodzieniec, zapomniawszy własnego języka,
Obcym nawet źle mówi, i gdy wiek ubieży,
Uczyć się musi, co do Polaka należy.
Bo dotąd wskazywane mając obce wzory,
Wie dobrze, kto jest Vestris, nie wie, kto Batory.”
Julian Ursyn Niemcewicz

Niemcewicz ubolewał nad infiltracją francuszczyzny, ale jego słowa z „Powrotu Posła” pasują jak ulał  do krzewiącej się od niedawna w Polsce  mody  używania angielskich i pseudo-angielskich słów w pisanej i mówionej polszczyzny.  Te słowa-pokurcza , wykoślawione  naszą rodzimą wymową , często niemądrze używane w niewłaściwym kontekście i tylko na wpół zrozumiane przez  niby-anglistów, rażą pewnie tylko moje emigranckie ucho, ale są dyskretnie pomijane milczeniem lub nawet tolerowane przez Radę Języka Polskiego. Ostatnio wydane słowniki roją się już  od dziwacznych nowotworków.

Istnieje wprawdzie ustawa o języku polskim i jego ochronie ale, jak dotychczas, nikt chyba nie zapłacił grzywny ani za ogłaszanie „designerskich produktów” ani  za powiadamianie słuchaczy radiowych, że jakiegoś dygnitarza  spotkała właśnie „stending owejszen”.  Ani w urzędach prywatnych ani w  publicznych nie ma jeszcze funkcji „ochraniacza polszczyzny”. Jak pewien dyrektor wielkiego przedsiębiorstwa wyjaśnił:” W naszej działalności nie uważamy monitorowanie języka polskiego za priorytet”.

Inwazja angielszczyzny  przybiera różne formy. Biznesmeni  i japesi  praktykują pewnego rodzaju snobizm wolnorynkowy, który zapewne  daje im złudzenie obracania się w międzynarodowych kołach marketingowych i dilerskich , gdzie konsultingi, menedżerstwo i sponsoringowanie cieszą się wielkim prestiżem. W tych  egzaltowanych sferach „wynajem” jest  słowem wulgarnym, które koniecznie należy zastąpić angielskim terminem „leasing”.  Takich przykładów jest bez liku.

Młodzież wchłania obce naleciałości językowe dużo łatwiej niż starsze pokolenie, bo jej baza  słowna nie jest jeszcze obwarowana wieloletnią frzeologią, żargonem tego czy innego zawodu i dialektem środowiska.  Nastolatki – jeśli nie ślęczą w hypnotycznym transie przed komputerami – obracają się w jazgocie hip-hopów, rockowych koncertów, dzieląc się swymi wstrząsającymi przeżyciami  emocjonalnymi ze swymi rówieśnikami na  tzw. „czatach” (od ang. „chat”) czyli internetowych pogaduszkach.  W tych współczesnych „uczelniach” podchwytują  przedziwną mieszaninę dwóch obcych sobie języków, których nic nie łączy poza wspólną podszewką dzisiejszej techno-kultury, szowbiznesu i gladiatorskich potyczek na meczach piłkarskich.

Młodzież ubiera się w dresy,chodzi w adidasach, zachwyca się hitami, kupuje piratowane sidyromy czyli kompakt-dyski, bazgroli sprayowe grafity na ścianach z koncentracją godną Michała Anioła lub szuka sponsorów i menedżerów w celu zrobienia błyskawicznej kariery w dyskotekach. W codziennych rozmowach obserwuje się stopniowy zanik długich polskich słów jak „przepraszam”, bowiem „sorki” jest krótsze, zas „heja” jako pozdrowienie jest bardziej egzotyczne niż „dzień dobry” albo „cześć”.

Przywilejem starszego pokolenia jest ubolewanie nad  inwazją obcych chwastów w tę polszczyznę, którą znają od dziecięcych lat. Niestety, nasze żale niewiele pomogą.  Język żyje, rozwija się dynamicznie, wzbogaca słownictwo, przywołuje z pamięci słowa zapomniane i pożycza nowe – od sąsiadów, najeźdzców, kupców wolnorynkowych , z filmów, telewizorków, gazet i magazynów.Zadaniem młodych  pokoleń jest adaptacja  i ewentualne spolszczenie tych  przemyconych przez zieloną granicę wioski globalnej  intruzów. Po wielu pokoleniach nikt już nie pamięta, że  bochenek i chleb to także oswojone przez nas obce  kiedyś słowa.

*  *  *

Na wzburzonych falach potopu informacyjnego przypływają także w polszczyznę  egzotyczni uciekinierzy z mało znanych języków. „Talib” zaistniał w słownictwie wielu języków gdy władzę w skłóconym i zniszczonym  najazdem sowieckim Afganistanie chwyciły grupy fanatycznych uczniów szkół koranicznych,  istniejących głównie na terenie Pakistanu. „Taliban” (l. mn. od „talib”)  to „poszukiwacze prawdy” w kwiecistym języku Arabów,  ale bardziej  prozaicznie – uczniowie medresu, coś w rodzaju muzułmańskiego seminarium działającego przy meczetach.  „Talibowie” jest dość luźnym określeniem rządu, na czele którego stoi jednooki mułła Mohammed Omar, obecny samozwańczy emir Afganistanu. Mułła kojarzy nam się niefortunnie z  upartym mułem albo zamulonym stawem, ale jest to tylko dość

luźno używany termin  oznaczający  teologa islamskiego. Mufty to także duchowny, który ma prawo wydawać decyzje w interpretowaniu  Koranu i opartych  na nim praw w krajach islamskich. Dla Anglików (ale nie dla nas) ktoś „in mufti” to osoba, która normalnie nosi uniform, ale przy okazjach poza-służbowych pojawia się „w cywilu”.

Dawno temu, w naszej historycznej roli „przedmurza chrześcijaństwa”, polszczyzna przyswajała sobie słowa najezdzców ze stepów Azji.  Spolszczone słowo tatarskie „urdu” – obóz wojaków przeszło w postaci „hordy” w wiekszość języków europejskich. Basza, emir, kalif, czarczaf  ( dosłownie: „prześcieradło”, którym kobiety pod władzą talibów muszą owijać się od stóp do głów), mudżahidini („święci wojownicy” – muzułmański odpowiednik chrześcijańskich krzyżowców) i wiele, wiele innych  obcych nazw wdarło się w naszą mowę dużo boleśniej niż dzisiejsze czambuły i zagony anglosaskich środków masowego przekazu. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: