Zaczarowane dryndy z fiakrami

Cóż, według Ben Alego,
czarnomistrza Krakowa,
„to nie jest nic takiego
dorożkę zaczarować,
dosyć fiakrowi w oczy
błysnąć specjalną broszką
i jużeś zauroczył
dorożkarza z dorożką.”
K.I.Gałczyński
Kariera dryndziarza kusiła mnie w szczenięcych latach z dwóch powodów. Pojazd konny otoczony był aurą  elegancji z innego stulecia, a poza tym każdy prawie dorożkarz w moim rodzinnym mieście nosił długą, granatową kapotę ze srebrnymi guzikami i siedząc majestatycznie na koźle strzelał z bata nad grzbietem ignorującej jego popisy chabety. Bat, rumak i pojazd na resorach – cóz więcej brakowalo do uszczęśliwienia siedmiolatka?  W zimie dorożki przemieniały się magicznie w sanie, sunące się bezszelestnie po zaśnieżonych ulicach do akompaniamentu srebrzystych dzwonków ostrzegających nieostrożnych przechodniów przed kopytami końskimi.  Zaczarowane dryndy omamialy moje wczesne dzieciństwo.

Fiakier i jego pojazd ze składanym daszkiem na słotne dni zniknął po wybuchu wojny. Na jego miejsce pojawiły się przelotnie  rowerowe riksze, ale te także powędrowaly do lamusa lat wojennych.  Czarne wyziewy z rur wydechowych samochodów zastąpiły naturalny nawóz ogrodowy – zwycięski złom opanował ulice miast, redukując konia do cyrkowego  raroga dla turystów.  Nawet na polnych drogach można dziś oglądać drabiniaste wozy na samochodowych oponach. Kołodziej Piast powiększyłby dziś  grono bezrobotnych.

Wynalazcami karety, karocy, karawanów, karuzeli i nawet kariery byli prawdopodobnie Celtowie, bo w zaginionym staro-celtyckim języku „*karros-” było nazwą wozu, którą najpierw pożyczyli Rzymianie (później Włosi – carozza) a od nich inne narody.  Kareta była dawno temu odpowiednikiem dzisiejszego Daimlera i zgodnie z przysłowiem ludowym  wół nie pasował do tego magnackiego pojazdu. Karoca, zwłaszcza królewska, była czasem pozłacana i jej pudło z drzwiczkami ozdobionymi herbem wlaściciela było obite wewnątrz aksamitem, jedwabiem  z poduszkami  i futrami. Tak jak do karety nie zaprzęgano wołów, tak karoce musiała ciągnąć co najmniej czwórka rumaków.

Kariera ma, rzecz jasna, wiele stycznych punktów z  ruchem kołowym na drodze życia. W pogoni za pracą i szmalem fortuna  kołem się toczy. Czasem znajdziemy się na wozie, innym razem pod wozem, w zależności od rydwanu do którego zaprzęgneliśmy nasze ambicje. Rydwan, niestety, jest dziś tylko albo sprzętem scenicznym do wynajęcia z lamusów Hollywoodu w celu filmowania spektakli typu Ben Hura albo uwiecznionym w bronzie pomnikiem królowej Boadicei, pierwszej Icenki z prawem jazdy na te niebezpieczne dorożki brytyjskie.  Kwadrygi też wyszły z użytku, bo ostatecznie podróżowanie na stojąco z monotonną panoramą końskich zadów nie zachęcało wielu osób do dalekich wycieczek poza obręb miasta.

Dyliżans  pojawił się na wyboistych drogach nieco później. Nazwa ta była przyswojeniem słowa „diligence” w jego dawnym znaczeniu „pośpiechu”, bo ten zaprzężony w cztery lub nawet w sześć koni pojazd pędził na złamanie karku, najczęściej aby uciec z licznych zasadzek „zbójców na drodze”, których interesowała głównie żelazna szkatuła z  pieniędzmi i złotem. Dla pasażerów każda podróż  była niebezpieczna bez względu na rodzaj transportu. Mimo że dyliżanse turkoczą dziś tylko na ekranach telewizji  lub kina, każdy wyjazd poza pielesze domowe – bez wzgledu na rodzaj transportu – nie jest  pozbawiony ryzyka.

Przemęczeni szoferzy długodystansowych autokarów zasypiają nad kierownicą, bo nie muszą uważać na wyboje, błoto, trzody owiec i krowy wracające do obory i zamaskowanych chustką rozbójników wyskakujących zza drzewa z pistoletem w dłoni. Autostrady są jednak  zabójczo monotonne i działają na kierowców jak  opium. Jedynym ryzykownym urozmaiceniem tej bezimiennej  nudy może być opętany nagłym „szaleństwem szosowym” pomyleniec, który zdecydował dać komuś bolesną lub nawet śmiertelną lekcję jego interpretacji kodeksu drogowego.

Z pewnością większość czytelników miała kiedyś okazję jechania polną drogą na trzęsącej się  po wybojach i stwardniałych koleinach furmance wiejskiej. Obolałe siedzenie i kości były jedynym ryzykiem tego sposobu podróżowania, chociaż przejażdżka drabiniastym wozem na szczycie kopy siana mogła skończyć się boleśnie jeśli nie dostrzegliśmy w porę czyhających w sianie wideł.

W coraz bardziej zmotoryzowanej wsi polskiej, wiele dawnych pojazdów konnych to już tylko na wpół zapomniane nazwy. Wasągiem pewnie nikt się nie interesuje, ale kiedyś był to atrakcyjny pojazd  o bokach nadwozia wyplatanych wikliną. Biedka – jak sama nazwa wskazuje – była  dwudyszlowym, jednokonnym pojazdem używanym przez małorolnych chłopów lub zubożałą szlachtę zagrodową.

Kocz albo nieco mniejszy koczyk były  popularnym pojazdem wśród ziemiaństwa i burżuazji. Ich ogólnoeuropejską nazwę (angielski coach; franc. coche, niem. Kutsche) zawdzięczamy Węgrom lub, ściślej mówiąc, mieszkańcom węgierskiej wsi Kocs, którzy zajmowali się wożeniem pasażerów między Wiedniem i Budapesztem.  Bryczka tak musiała spodobać się Anglikom ,że przyjęli tę nazwę aż w pięciu różnych sposobach łamania języka przy jej wymowie: „britzka, britzska, britzshka, britschka i britska”. W bryce można było zmieścić dużą rodzinę, ale w mniejszej bryczce było trochę ciaśniej.
W poemacie „Do fiakrów” Franciszek Zabłocki (1750-1821) widział w pojazdach symbol szerzenia swych patriotycznych ostrzeżeń:
Ekwipaże, remizy, fiakry, bryczki, wozy
Wy jedni warci mego zaufania gońce
Poeci XXI wieku maja do uslug  emejlowego gońca do rozsyłania swych słów skrzydlatych  na cały niezmierzony świat internetu.Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Tagi: , , ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: