Chuć do chodzenia

…nasz polski naród z przyrodzenia
Rad pątuje, bo zawsze chuć ma do chodzenia.
Bowiem przodkowie naszy  miejsca odmieniali:
Gdy się mieli prowadzić. Mówili: „Wen dalej!”
 Sebastian Klonowic

Pierwszym szewcem świata był zapewne jakiś pijany myśliwy z epoki kamienia łupanego, który zdarł skórę z jelenia, uciął dwa kawałki, okrył nimi bose stopy i owiązawszy je łykiem, wrócił do jaskini. Jego żona zerknęła na to pierwsze obuwie i mruknęła: „Chodaki do chodzenia”.  Język jaskiniowców był niewątpliwie wynalazkiem kobiet.

Słowo „chód”  rozmnożyło się w liczne „pochodne” synonimy i  pojęcia. Nasze „pochodzenie” wywołuje obraz maszerującej kolumny praojców, których „pochód” ( z „pochodniami” do zapalania zniczów po drodze) – ze „wschodu” na „zachód” – otrzymał miano „wędrówki ludów”.

Praojcowie zdobyli szmat ziemi, aby mieć z niej „dochody”  ze sprzedaży produktów rolnych , chociaż praca na roli kosztowała sporo „zachodu”. Nic dziwnego, że po znojnych żniwach, radośnie „obchodzono” dożynki, bo każdy miał więcej czasu na „podchodzenie” zwierzyny, „wychodzenie” na spotkania z „przechodniami” lub pogawędki na „schodach” z sąsiadami.

Chodaki były niezbędną ochroną „chodzideł” – jak to kiedyś żartobliwie nazywano członki ciała stąpające po „chodnikach” – w domu lub na ulicy.  Dopóki takie obuwie było produkowane z łatwo dostępnych  skór zwierzęcych, z  łyków lub drzewa , zdarte łapcie można było zzuć po wejściu do lasu i wyjść po jakimś czasie ozutym w ostatni  krzyk mody skórzano-wegetariańskiej. Warto może zaznaczyć w tym miejscu, że futra i galanteria skórzana wychodzą z użytku pod presją aktywistów Praw Zwierzęcych. Pojawiają się już sklepy w których można kupić ” buty wegetariańskie” – przypuszczalnie „kurpie” od wieków wyplatane z łyka lipowego  przez naszych Puszczaków z  Puszczy Zielonej. Podhalańską wersją  kurpiowskich łapciów są oczywiście „kierpce”,skórzane i zwykle wiązane rzemionami wokół łydek.

Butiki i buciki łączy tylko podobne brzmienie oraz to, że te drugie można kupić w tych pierwszych – jeśli specjalizują się w damskim lub męskim obuwiu. Butiki wzięły swą nazwe od  włoskiego słowa „bottega”, a ono z kolei przywędrowało z greckiego „apotheke” poprzez łacińskie „apotheca”, która jest naszą  „apteką”, a nie jakimś tam „butikiem”.  A jak  wiadomo, w aptece nie sprzedają buciorów, tylko maści na  odparzenia, nagniotki i inne nieprzyjemne rezultaty noszenia butów. But  (dawniej pisany „bót”) przybył do nas ze średniowiecznej łaciny („botta”) i jest jednym z tych słów, które dzielimy z Anglikami – w brzmieniu chociaż nie zawsze w znaczeniu.

W butikach łatwiej dziś pewnie znaleźć „adidasy” czy „Najki”, które na całym obszarze krajów post-komuny traktowane są przez młode pokolenie jako szczyt  oszałamiającej elegancji płynącej z walkmanów na falach hip-hopu, rokenrola i innych  zalewających rynek  krajowy „dobrodziejstw” Zachodu.  Istnieje nawet pewna kategoria  rabusiów, którzy specjalizują się w zdejmowaniu  spoconych adidasów  z nóg swych młodych ofiar. Na ulicach Moskwy gwarowe powiedzenie „Eto adidasnoje” do niedawna wyrażało zachwyt i podziw na widok  jakiegoś rarytasa. Takie stare powiedzonka jak „poznać pana po cholewach”  stoczyły się bezsilnie na same dno symbolicznych ikon społecznych.  Ten sam los spotkał hałaśliwe „saboty”, kiedyś (zwłaszcza w Holandii) mozolnie rzezane z wierzbiny. Dziś kupuje się je głównie jako antyk z minionej epoki albo pamiątkę turystyczną.

W sandałach  przechadzali się starożytni Grecy i Rzymianie;w nieco zimniejszych krajach nie były one zbyt popularne, chociaż moda na nie powrócila, gdy zziebnięte ludy Europy wyruszyły gromadnie w poszukiwaniu słońca i zapoznały się z idealnymi na plaże espadrylami i przewiewnymi trepkami do tańczenia w disco. Trawa esparto z której  plecione były podeszwy espadrylów nosi odpowiedzialność za ich nazwę. Trepki przydreptały do nas po niemieckich schodach (Treppe), zaś grecki „sandalion” dał nam i wielu innym narodom lekkie obuwie na słoneczne dni.

Szewcy – zasłużony dla ludzkich stóp cech mistrzowski – zostawili po sobie (bo jesli jeszcze istnieją, to z pewnością należą już do gatunków zagrożonych  przez adidasy i najki) bogaty folklor w przysłowiach i powiedzonkach.  Pocięgiel pana majstra służył mu nie tylko do przytrzymywania buta, ale również do jeżdżenia po grzbietach swych terminatorów jak  po szewskim kopycie. Ślęcząc przez wiele godzin  na niskim zydlu w suterynie, szewc miał sporo czasu na medytowanie nad losem człowieka, ale jego klienci nie zawsze mieli ochotę słuchać jego wywodów. Snobistyczni Rzymianie mawiali „sutor ne supra crepidam judicaret” co Polacy zwięźle wyrazili „Pilnuj, szewcze, kopyta”, zaś Anglicy w równie lapidarnym „let the cobbler stick to his last”. Czyż można się dziwić, że przy takim pogardliwym traktowaniu mistrza od dratwy i pocięgla, miał on zwyczaj wpadania w szewską pasję, zwłaszcza gdy – z  czystej frustracji – otworzył butelkę czystej wyborowej i był pijany jak szewc?  Po utopieniu swych smutków, szewc musiał pokrzepić się dłuższym odpoczynkiem dzięki czemu powstało pojęcie szewskiego poniedziałku, który jest święcony w Wielkiej Brytanii z takim samym zapałem jak wśród polskich szewców. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Tagi: ,

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: