Z teki ciułacza

„Jestem sobie pan, żurawiec,
zlatam jak się ma na lato;
Buduje se gniazdo z róż,
ciułam słomę z waszych strzech…
S.Wyspiański: Wesele

Ano, właśnie – od wielu lat wyskubuję tę słomę polszczyzny z polskich gazet, magazynów internetowych, książek i podsłuchanych rozmów między rodakami. Jak większość czytelników-emigrantów zdaję sobie przecież sprawę, że chociaż mówię i piszę po polsku, moje słownictwo odbiega coraz dalej od tego, które panoszy się dziś w naszym  nadwiślańskim kraju.
Kiedyś, w przypływie nostalgii, zapisałem się na listę dyskusyjną poświęconą wyłacznie polszczyźnie. Z entuzjazmem zabrałem sie do  wskazywania młodym polonistom, studentom i  filologom rażących błędów stylistycznych i dziwolągów słowotwórczych

w codziennych reportażach prasowych,  audycjach radiowych i telewizyjnych. Moje uwagi przyjęto ozięble i wkońcu  ktoś zniecierpliwiony  spytal dlaczego czepiam się zdań i wyrażeń, które są zrozumiałe dla każdego kto mówi  po polsku i rozumie nasz nowoczesny  język, który staje się coraz bardziej podobny do angielskiego. Miał rację. Mamrotanie staroświecką polszczyzną brzmi w ich uszach jak głos ks. Wujka, recytującego biblijne wersety.

*  *  *

Kiedyś istnial tylko przymiotnik: fotogeniczny. Określał on osobę, która „wychodziła” dobrze na zdjęciach. Tacy ludzie mają naturalny talent do układania twarzy i reszty ciała w niesłychanie atrakcyjne pozycje gdy tylko ujrzą przed sobą soczewkę aparatu fotograficznego. Nawet ich fotografie paszportowe wyglądają jak wizerunki gwiazdorów z Hollywoodu.  Telewizja stworzyła zapotrzebowanie na osoby „telegeniczne”, a radio – nie chcąc pozostać w tyle – domagało się wykonawców „radiogenicznych”. Nieco później przybyły do słownika „strefy erogeniczne lub erogenne” – termin naukowy, który stał się największym odkryciem od wynalazku listka figowego.

Podejrzewam, że nowosłowo „korupcjogenny” rozpanoszyło się w polszczyźnie za pośrednictwem biuletynów Najwyższej Izby Kontroli (NIK), która ściga „łapówkochłonne”  tereny nad rzeką Szmal, „gdzie tylko ryby nie biorą”.  W  prasie codziennej można spotkać taki np kwiatuszek stylistyczny:

„…wiceprezes NIK, Jacek Uczkiewicz, poinformował warszawską prokuraturę, że w działalności  Ministerstwa Łączności wystąpiły  ‚ obszary  korupcjogenne’ czyli ‚miały miejsce różne niejasne postępowania przy przetargach'”.  Paragraf ten należy przeczytać kilka razy zanim  uda się rozszyfrować jego zakodowane znaczenia.

Pod wpływem różnych niemądrych przepisów dotyczących tzw „ochrony dóbr osobistych”, Polacy mówią dziś językiem tak zawiłym, tak pełnym niedomówień, omówien i semantycznych wykrętów, że wkrótce będą potrzebni tłumacze do przekładania polskiego na polski. Bez owijania w bawełnę, wiceprezes NIK mógłby powiadomić  prokuraturę, że w Min. Łączności  są, być może, łapówkarze, bo sposób prowadzenia przetargów jest podatny na korupcję.  Zamiast tego mamy ” obszary ” które „występują”, jak aktorzy, na scenie Ministerstwa. Słowo „występować” jest subtelnym sygnałem wskazującym na możliwość popełnienia „występku”.  Wzorem dla przymiotnika „korupcjogenny”  był niewątpliwie termin z dziedziny seksulogii – „strefy erogenne”. Kojarzenie wrażliwych na pieszczoty miejsc z braniem łapówek jest tematem dla psychologów – my możemy tylko wyobrażać sobie jakie skojarzenia błąkają się po korytarzach Najwyższej Izby Kontroli.
”””””””””””””””””””
Kto z nas nie ma kłopotów z nazywaniem wielkich liczb?  Z tysiącami i milionami jeszcze można sobie jako tako dać radę, ale większość numerycznie upośledzonych potknie sie z pewnością na miliardach  i bilionach.  Miliard w Polsce oznacza tysiąc milionow. We Francji i w krajach anglosaskich  bilion jest tysiącem milionow, ale w Niemczech  i u nas oznacza milion milionów. Szkoda, że z  naszych  rodzimych słów na określenie wielkich liczb tylko „ćma” zachowała resztki dawnego znaczenia. Skojarzona z ciemną masą  wielotysięcznego tłumu, ćma była nazwą jednego miliona.  Legion albo ćma ciem był odpowiednikiem biliona, legion legionów (kwadrylion) nazywano „leodrem”, zaś kruk – leodr leodrów – równał się oktylionowi. Niestety, nie udało mi się sprawdzić czy  dziesięć kruków składało się na jedną „kłodę”.

Standardyzacja miar pozbawiła nas swojskiej, staropolskiej terminologii, chociaż wiele nazw przeszło w codzienną mowę
paradując pod  pochodnymi znaczeniami. „Sążeń” – dawna miara długości – miał ok.190 cm, więc sążnisty chłop to wysoki drągal, zdolny do stawiania sążnistych kroków.  W garncu mieściły się cztery kwarty (tyleż litrów) pitnego miodu, okowity lub owsa, ale dziś ta miara przechowała się tylko w przysłowiu: „w marcu jak w garncu”.  „Znaleźć  się  w korcu maku” nie było łatwo, bo ta miara ciał sypkich zawierała  ni mniej ni więcej niż 32 garnce albo 120 litrów ziarenek.  Naczynie o takiej pojemności było widocznie używane jako schowek, bo do dziś mówimy o trzymaniu lub ukrywaniu czegoś „pod korcem”.  „Antałek” był  beczułka na wino lub piwo, w której  mieściły się dwa wiadra, podczas gdy jego większa wersja, „antał”, zawierał kilkanaście garnców napoju. Wśród chaosu rozlicznych jednostek miary długości, objętości , masy i wymiany są słowa dawno zatarte w pamięci jak np „jutrzyna” i  „powłócz”  którymi mierzono ziemię orną, albo takie w których  dziś trudno jest dopatrzeć się ich pierwotnego celu. „Grzywna” zaczęła swój żywot jako naszyjnik lub wiązka skór, przekształciła się  na wagę srebra, skąd powędrowała w pieniądze i skończyła jako kara za drobne przewinienia.  Sic transit gloria…Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Tagi:

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: