Poezja 2012- cz.1

Ostatnie Adieu
Przyszłaś do mnie znikąd i odeszłaś do nikąd
Została smuga cienia, perfumy tęsknoty
Echo słów i szeptów dawno zapomnianych
Jeden uśmiech przez łzy w tęczy niedomówień
Łuk siedmiu kolorów na każdy dzień roku.

Wicher dziś kołatał do mych okien jak pielgrzym,
Zgubiony w nawałnicy widmowych majaczeń
Pytał czy znam drogę ku bramie do nikąd
Te ścieżki pokrętne gdzie rośnie turzyca,
Mandragora i zioła dla samotnych serc.

Nie znałem.Wiatr zamilknął, chmury zapłakane
Powędrowały tam gdzie słoneczne promienie
Ocierają łzy z oczu zasmuconych gwiazd.
Tam cię odnalazłem w sennym wędrowaniu
Bym raz jeszcze mógł szepnąć ostatnie adieu.

Sen Nocy Zimowej
Gdy wychodzę z pomrocza pszczelich heksagramów
Zegary bez wskazówek liczą czas zimowy.
Moje sny się tłumoczą w śnieżnej zawierusze
Malując mi na biało czarne przywidzenia.

Dzień jarzy się niemrawo w poświtnej szarzyźnie
Kalendarz się zamknął na nieznanej dacie
Za oknem pohukuje zagubiona sowa
Wicher w gniewie bezsilnym szarpie czarnochmury.

Zniknęłaś mi w zamieci kryształowych złudzeń
Śnieg zmazał twoje ślady. Zagubiony w ciszy
Wstrzymam oddech na chwilę, jeden krótki moment
W którym może usłyszę głos twojej tęsknoty.

Jutro
Deszcz mżył. Wrony jak czarne parasole
Porwane wiatrem krążyły nad miastem
Mokły, nie chroniąc nikogo przed wodą.
We wron krakaniu jest nadzieja jutra
Gdy odleciały, ciemna noc zapadła.

„Cras”- szept Westalek przy wieczystym ogniu
Na forum tłum jak niespokojna chmura
Niepewna czy odlecieć wślad za stadem
Wron czy oślepić miasto błyskawicą
Gniewu i porazić gromem ulic śpiących szał.

Czekam w niewiedzy, bo jutro jest jutrem
Nieznanym cieniem ukrywanym w ciszy
Mglistą postacią anioła? szatana?
Kto wie? kto zgadnie? co jutro przyniesie
Gdy wiatr zawyje i wrony powrócą .
czwartek, 2 lutego 2012

Nie Wiem Kim Jestes
Padał deszcz.A ja szukałem cię bezskutecznie
W obojętnej czerni rozpiętych parasoli
Prosiłem krople by ci wystukały mój głos-
S.O.S mej nadziei, że jesteś w tym tłumie.
Deszcz ustał, tłum się roztopił. Został pusty plac.
Czy odleciałaś w chmurach pędzących nad morze,
Aby wszcząć huragany na ziemi nieznanej?
A może byłaś tylko snem zimowej nocy,
Kwiatem pielęgnowanym w cieplarni mych marzeń,
Ogniem, którego płomień objął moje życie
Żarem dzikich uczuć, aby zginąć w zarzewiu.
Nie wiem kim jesteś. W ciszy samotności
Słyszę tylko szept twych obietnic niespełnionych
I dostrzegam twój cień, który jest moim cieniem.
19 lutego 2012

Metamorfozy Czterech Żywiołów
Gdy jestem górnikiem w ciemnej paszczy ziemi
Patrzę na sny kretów i kwiatów korzenie
Gdy jestem strażakiem w moim złotym hełmie
Wtedy znam język, którym syczą płomienie
W mym skafandrze opadam na dno oceanu.
I w głębinach się uczę śpiewu wielorybów.
A gdy jestem poetą, słowa uskrzydlone
Niosą mnie wichrem w przestrzeń, gdzie orły budują
Swe gniazda z metafor w obłokach zgubionych.
Wiersz jest ich łupem, orlich piskląt głód syci
A ja, ich żywiciel, podniebnie szybuję.

Dumka o Szklanej Górze
Dlaczego kryjesz się na szklanej górze,
Gdzie nie ma ścieżek ani skał na haki,
Gdzie szklane orły gniazd swych nie budują
I nikt, prócz ciebie, wejść tam nie potrafił?

Żyjesz w twym zamku kolorowych szkiełek
I śnisz o świecie tych tęczowych złudzeń
Gdzie na witrażach rozmawiasz z duchami
Aż szklany kogut zbudzi cię swym pieniem.

Rzuć mi słów linę, utkaną z tęsknoty
Abym mógł wspiąć się na twą szklaną górę
Z diamentem w dłoni, by ciąć urojenia
I sprowadzić cię do mej wiosennej nadziei.

Tu kwitną drzewa i świat się zieleni
I tylko w oknach jest szkło do patrzenia
Na szklaną górę., która się roztapia
We mgle przywidzeń dnia, którego nie ma..
środa, 28 marca 2012 23:32:16

Księżycowa Randka w Ciemno
Rtęć księżycowych blasków
Drży w niespokojnej nocy
Sen znika zabłąkany
W strzępach zniszczonych marzeń.

Pełnia jest obojętna.
W swej nocnej medytacji
Patrzy w głąb oceanów
Pędząc fale do nikąd.

Szukam cię w mgle poświaty.
Na ustach krople deszczu
A może to łzy twoje
Łzy księżycowej pełni?

Idąc po zrębach dachu
Widzę twój cień na dole
Wołam, lecz mnie nie słyszysz
Księżyc ukradł mi słowa.

Randka w ciemno nie wyszła
W blasku sny się zgubiły
Pełnia jest tu by tworzyć
Zwidy na serc bezdrożach

Sakura – Śpiew Kwitnącej Wiśni
Pożegnałam krainę wschodzącego słońca
By powitać cię kwietnym pocałunkiem
Różowych płatków moich ust dziewiczych,
Obietnicą uścisków mej dalekiej wiosny.

Przytul się do gałęzi mej drzewnej miłości,
Podziwiaj liście na moim kimonie
Patrz na obłoki które mnie znalazły
Słuchaj gdy wiatr ci szepcze me imię-Sakura.

Moje kwiaty odlecą w wiosennych podmuchach
I uścielą ci kobierzec na trawie
Byś się nie smucił, że kwiat nie trwa wiecznie
Bo życie to miłość w tysiącznych odmianach.

Jakże wiele, wiele rzeczy przywodzą na pamięć
Te piękne kwiaty z wysp japońskiej wiśni
Drżące niepewnie w słonecznym Londynie
W tym nagłym spotkaniu z nieznajomym zachwytem.
sobota, 14 kwietnia 2012 21:45:01

Pustelnik z Wieży Babel
Do snu mnie kołysały słowa archaniołów
Rozumiałem śpiew ptaków i wilcze gadanie
Huk ognia, krople deszczu i ziemi westchnienia
Gwizd wichru, szept obłoków i ludzkie rozmowy.

Ja, syn Szinaru, znałem sekret mowy bogów
Bez niebosiężnej wieży, którą budowali
Bracia moi, łaknący wszechwiedzy aniołów.
Aby po gwiezdnych szlakach bezkarnie wędrować .

Grom bogów strzaskał ludzi marmurową pychę
I nagle,moi bracia zgubieni w bełkotach
Rozpaczliwej niewiedzy tysiąca języków,
Rozpierzchli się po ziemi w kierunkach do nikąd.

Ja zostałem – pustelnik w gruzach Wieży Babel
Płacząc nad grobem wspólnej mowy, wiążąc węzły
Na przędzy słów zgubionych w hałasie języków
I modląc się o powrót jedności Szinaru.
sobota, 21 kwietnia 2012

Sen o Ziemi Niczyjej
Jakże łatwo się zgubić w tej ziemi niczyjej
Gdzie tylko wicher, derwisz obłędny, wiruje
A wychudzone węże ścigają skorpiony
Pod obojętnym żarem spłowiałego nieba.

Na tych bezdrożach nie ma krętych ścieżek
Ni drogowskazów, ni cienia oazy
Gdzie mógłby spocząć wędrowiec bez celu
Znużony pustką, w której nic jest wszystkim.

Tylko w snach jest czekanie z ufnością Hioba
Na moment gdy szatan wycofa się w otchłań,
I noc duszy wchłonie budzące się światło
Powrotu do ziemi w ramionach miłości.
środa, 25 kwietnia 2012

Westalka i Kot
Miałaś być moją Westalką, kapłanką
Świętego ognia domowej miłości.
Nagle wdarł się czarownik do świątyni
W kota cię zmienił na me pocieszenie.

Twe kołysanki do snu mi mruczałaś
W kłębek skulona na puchu pierzyny.
Ale gdy śniłaś o blasku księżyca
Ja wędrowałem po pustych ulicach.

Odeszłaś nagle.Ucichło miauczenie.
Błądzę samotnie po głuchej świątyni
Chciałbym przywołać kota i Westalkę
Mieć święty ogień i senne mruczenie.

Kot, by pilnował domowe ognisko;
Westalka, by mi mruczała miłosne
Zaklęcia i przytulona do mych snów
Owinęła nas w ciszę życia razem.

Sąsiedzi Nocy
Nie znamy się we dnie i nie widzimy.
Milczące domy patrzą okno w okno,
Dzielą nas drzewa, ich szepty zielone
Wiatr chwyta i ciska na białe obłoki

Gdy noc zapadnie, zapalamy lampy
I wtedy nasze domy rozmawiają
Ze sobą świetlnymi prostokątami.
Po sąsiedzku, okruch po okruchu dnia.

Czytam te ślepia jak księgi żywota
Ludzi z naprzeciwka – uśmiechy i łzy,
Tajne przygody skrytych wagabondów
Sąsiadów nocy dramat nieistnienia.

Północ, ciemność, sen mi okna maluje
W esy-floresy trudnych hieroglifów
Gdzie giną resztki sąsiedzkich tajemnic
I budzę się znów wśród oślepłych okien.

Majowy Wieczór
Rozpalam ogień w kręgu ludzkich złudzeń
Aby cisnąć w płomień echa dawnych dni
Ubłagam wiatr by słał sygnały dymu
Że moja przeszłość to już popiołu garść.

Obłoki mkną ku niewidocznym jutrom,
Zabłąkanym we mgle siwiejących snów
Przede mną tęcza baśń moją owija
O iskrzyłudach wśród koralowych raf

Nie ma Cię, ale zapach macierzanki
Zostawił ślad, przyśpieszył bicie serca
Wiatr szepnął przez otwarte okno:bądź zdrów!
I chmury rozjaśnił meteorów deszcz.

Majowy wieczór. Kąpałem się w ciszy
Spłukując strzępy myśli i smutek dnia.
Ćmy odleciały w spirali nocnych widm.
Iskry ogniska wróżą mi jasne sny

Ballada Klucznika
Znam słowa-klucze do tajemnych komnat
Twojej kobiecości. Tam chowasz twój czar,
Pod skrzydłem motyli, wśród czułek i ziół.
Paź królowej na straży twoich perfum
Wachluje cię zapachem kwiatu róży,
Latolistek dech orzeźwia sokiem brzóz.

Strzępotek soplaczek – dotyk twoich rąk
Pieszczotą opuszka, gdy zapada mrok
Czerwień ust bierzesz od kwiatów kamelii
Blask twoich oczu – świetlik omomiłek
Ich barwa? bławatki od polnej klecanki
Dalej nie śmiem.Drzwi strzegą muchomory.

I cóż mi z tego, że jestem klucznikiem,
Bezsilnym świadkiem twego czarodziejstwa?
Mam w dłoni pęk słów i dzwonię daremnie
Błądząc w korytarzach niespełnionych snów.
Może się zmienię w łanochę pobrzęcza
By wkraść się nocą do twojej komnaty?

Czułki, trzepot skrzydeł i ziołowy łyk
Szept z ust do ust i z myśli do myśli
Sierp księżyca nad łąką nieskoszonych
Chwil, potem zapach siana i wonnych traw.
Zniknę przed świtem, zanim się obudzisz
Ściskając w dłoni mój pożegnalny kwiat.

Klucz Żurawi
Kto zrozumie smutek żurawi
Zanim ruszą w podróż daleką?
Kto potrawi śpiewać ich treny
Gdy lecą swym tajemnym kluczem
Do dawno obiecanej ziemi
Ich wysp szczęśliwych i bezpiecznych?

Nie umiem czytać szyfrowanych
Podszeptów i gestów Charona
W jego łodzi na ciemnej rzece
Styksu, skąd widać ten świat inny,
Ląd odlatujących żurawi
Gdzie kwitną bzy i mandragora.

Znam tylko smutek zgubionego
Włóczęgi, który błędnie czytał
Gwiezdnych hieroglifów wskazówki
I teraz czeka na niczyjej
Ziemi, aż usłyszy śpiewanie
Żurawi, by z nimi odlecieć…

Wiem, że dadzą mi klucz ich lotu
Abym jak Ikar szukał słońca
I spłonął w miłości pożodze
Szukając diamentów na drodze
Do kraju, gdzie wiecznie panuje
Bezsłowna cisza i serca rytm.

Niedziela
W pusty kielich niedzieli, kropla po kropli
Sączy się nektar mej nadziei, że może
Jutro, lada chwila, zjawią się sylfy i najady
W orszaku wróżek pięknych zmian tego,
Co jest już zapisane w księdze mych snów
W misternych słowach prajęzyka, w runach
I hieroglifach sagi splątanego życia.
Radosne błękity miłości, ciemne lochy bólu,
Pierzaste strzały w kołczanie oczekiwań,
Napięty łuk przeznaczenia i cel niewidoczny…
A dziś jest niedziela.
Słońce praży na niebie bez chmur, wiatr
Dmucha na niby, cienie ścielą mi łoże
Pod starym drzewem i liści senną zielenią
Skulony na miękkiej trawie będę śnił
O nadziei, która wypełnia kielich dnia

Zwierciadło
Gdy mi mówisz, że twarz moja
Jest zwierciadłem duszy-patrzę
I widzę tylko popękane rysy.
To kamień, który los szaławiła
Cisnął, abym w krzywym odbiciu
Widział korę stuletniego drzewa.

Gdy mi drzewo szepcze, że myśl moja
Jest zielonym liściem, słońca darem,
Przez światło topionym w tyglu
Alchemika i w złoto przerobionym
Wtedy czuję w sobie rytmy chlorofilu
I jestem drzewa zamyślonym liściem.

W lustrzanej złudzie widzę inną złudę-
Moją twarz. Czas na niej bazgrze
Grafity, ścienne bohomazy życia
Wiatr zmywa je deszczem, nikną
Tak jak senne zjawy, gdy wracam
Niosąc w ręku źdźbło polarnej zorzy.

Wiem, że nadejdzie taka chwila
Gdy dusza, która w lustrze świeci
Przywoła błyskawice, które porysują
Niebo tysiącem ognistych zygzaków
Bym zrozumiał wreszcie, ze moim
Zwierciadłem jest odwieczna miłość

Strzępki Błękitu
Siedzę na brzegu rzeki zapomnienia
Cierpliwy rybak, który sieć zarzuca
Aby wyłowić z nurtów migoczące
Błękitu strzępki, a na nich wpisane
Dobre chwile i szczęścia uśmiechy.
One są drogocenne, bo jest ich niewiele;
Rzadkie diamenty na jedną niedzielę.
Schowam mój połów w tobołek pielgrzyma
Dawnych lat sny wplotę w złote strzechy,
Latarnią mi będzie księżyc srebrnie lśniący,
Gdy stanę przed Bramą, anioł mnie zapyta:
Ktoś ty? Odszepnę: to ja – duch bez imienia.

Fantazje Przy Fontannie
Stoję wśród znaków i wodnych tajemnic
Pod opiekuńczym ramieniem Trytona
Rekin na powitanie prysznicem ciska
Dziewicza nimfa patrzy zadziwiona.

Tulipany ślą mi barwne obietnice
Latający Holender żegluje po niebie
Drzewa liściasto szepczą coś o jutrze
A ja wiem, że tutaj brakuje mi ciebie.

Jak mam cię wyczarować z tej rzeźby
Bezdusznej? spryskać ją wodą życia?
Czy wziąć nimfę w ramiona i gorący
Pocałunek złożyć na jej zimnych ustach
A sercu nakazać by jak dzwon dzwoniło?

Rybocentaur morza swą ręką wskazuje
Jakiś cel niewidoczny, jutra niepewności,
Dni oczekiwań, wciąż drżących niewiedzą
Czy tu przyjdziesz w sennym oka mgnieniu
Lub na jawie, by poznać magię mej miłości
sobota, 9 czerwca 2012 20:53:13

Ząb Czasu
Skrzydlaty stomatolog wyrwał mi ząb czasu,
Takie ni to ni owo, boleśnie spróchniałe.
Operacja udana, koszt trzy uśmiechy
Bezwładne klepsydry zakopane w piachu.

Patrzę w lustro i czekam jak pająk na muchę
By sieć nadziei zadrżała dziś tą obietnicą
Nagłych zmian, które ugaszą me pragnienie
Cudownych przygód, żywiących otuchę.

Zioła rwą dla mnie szeptuchy znad Drwęcy
Będę pił ich kordiały, a śpiewne zaklęcia
Usuną mi z twarzy starości drzeworyt,
Oddadzą mi blask, bym nie chciał nic więcej.

Mój budzik w bezzębnym bezczasie zgubiony
Nie będzie wyrywał mnie z rąk Morfeusza
A ja, ze srebrnym sierpem półksiężyca,
Będę po górskich szczytach ścigał dziwożony.

 

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: