Archive for the ‘Etymologia’ Category

Tête à Tête z Ważką Gadziogłówką

29 października 2013

dragonfly headPo krętych ścieżkach skojarzeń doszedłem do wniosku, że prawie każdy język ludzkości jest kolażem innych języków. Niby nic w tym nowego, bo lingwiści znaleźli jakieś zlepki liter, które są rzekomo widoczne w licznych językach naszych praszczurów. Jako pseudo-naukowiec pozwolę sobie żartobliwie udawać, że mam jakieś dowody na poparcie moich wywodów. Oczywiście, że nie mam ich, poza Guglem i Wikipedią, gdzie prawdziwi naukowcy tłumaczą tysiące znaczeń. Moja teza głosi, że w odczytywaniiu znaczeń słów, trzeba odwołać się do podświadomości i fantazji poetycznej. W tym krótkim eseju spróbuję skleić kolaż z pra-znaczeń słowa „głowa”. W jej rodowodzie jest zakodowane pierwotne znaczenie – Łysa Góra. Prasłowo”halva” z łaciny „calvus, calva – goły, łysy, a stąd Calvaria – góra  (łysych) czaszek i sanskryt „kapala”- czasza i czaszka. Trupie czaszki pokonanych wrogów były używane jako miski do picia samogonu. W przenośni głowa ma wiele znaczeń. Moja ulubiona: „głowa państwa upadła na kolana przed głową kościoła.” Kaput – jidisz i niem.- stracony, kraksa, ruina, śmierć. Francuskie „tête à tête” jest bardziej romantyczne niż polskie „łeb w łeb”. Aby zgromadzić spory kapitał trzeba mieć głowę do interesów, czyli kiepełe. Na zdjęciu głowa ważki różnoskrzydłej z podgatunku gadziogłówek, trzepli i smagleców. Po ang. mucha smok (dragonfly). Tylko tyle podołałem w dzień wstecznego Merkurego.

Reklamy

Mozol się Wiązaniem Supełek Życia

20 września 2013

supel 21.9.2013Darmo mozolisz się, blady,
I kurzem książnic mózg tuczysz.
Nie dasz, nieśpiewny łbie, rady,
Bo tego się nie nauczysz

Staff Leopold: Pieśń

Odpowiedź wysupłałem z etymologiii tego prasłowiańskiego słowa, które oznacza taką pracę, od  której dostaje się „mozoły” na dłoniach. W dawnym znaczeniu nagnioty albo odciski, a nawet blizny i wrzody. Od pochłaniającego wielu czasu czytania zakurzonych książnic też można było dawniej nabawić się odcisków na mózgu. Teraz mam internet, elektroniczny bieg przez płotki, utrzymujący mnie w rozsupłanym z mozolnych ślęczeń nad małym drukiem,śpiewnym łbie. Pisanie wierszy, czego Staff  był świadomy, jako błyskotliwy poeta, pompuje w nieśpiewny łeb tyle rytmów i rymów, że już nie domaga się tuczenia. Głęboka prawda etymologiczna o tym mozole jest ukryta w litewskim słowie „mazgas-supeł” i jego poetyczny synonim „pączek na drzewie”, w którym jest zawiązany supełek kwiatu. Czasownik pochodzący z tego słowa” mezgiu” znaczy „wiązać supełki, dziergać pończochy”. Litwinki mają głęboką wiedzę o wiązaniu wielu rodzajów supełków. Tutaj możecie popatrzyć przez kilka minut i nauczyć się jak powstaje jeden z nich – mazgas Austriškas vedlys.  Wiązanie supełków życia to bardziej skomplikowana sztuka. Najważniejsze jest to, aby zdobyć wiedzę o tym jak je rozsupłać, co ułatwia uczenie się ich wiązania. Mozolcie się poetycznie.

Feng-Shui i Muzyka Blogowych Fletów

22 sierpnia 2013

bacchus oscillumByłem u Ciebie w dni te, przedostatnie
Gdy podobniałeś – co chwila, co chwila-
Do upuszczonej przez Orfeja liry
W której się rzutu-moc z pieśnią przesila,
I rozmawiają ze sobą cztery struny…”
C.Norwid: Fortepian Chopina

Są takie dni, gdy upodobniam się do jakiegoś instrumentu. Jako fortepian pozwalam palcom Chopina przesuwać się wirtuozyjnie po białych i czarnych klawiszach.  Białe mazurki i ballady, czarne nokturny i sonaty brzmią – zależnie od nastroju. Dźwięczę wielostrunowo i szukam moich harmonijnych oddźwięków, będąc fletem, harfą, cytrą.. Każdy z nas jest jakimś muzycznym instrumentem który, chcąc nie chcąc, zmuszony jest do rezonansu z całym swoim otoczeniem.  Jak działa kontakt z moim otoczeniem – miasto, wieś, morze, góry, kwiaty, zwierzęta, potrawy, muzyka, słowa i ludzie – zależy od moich własnych, niepowtarzalnych frekwencji-muzyki moich atomów. Harmonia albo zgrzyt. Chińczycy rozwinęli przed wiekami wiedzę tych rezonansów człowieka z miejscem jego zamieszkania i nazwali ją feng shui. W blogach na pewno istnieje domowa wersja feng kiss-oscillumshui. Grawitacja międzyblogowa – swój do swego – też działa w jakiś sposób, który może być ukryty w imionach, datach urodzenia, numerologii, miejscu zamieszkania, nazwy ulicy, upodobaniach, stylu życia i wszystkim co „sieciowo” współdrży z moją wewnętrzną melodią. PS. Słowo „oscylacja” wywodzi się z łacińskiego „os – usta” i zdrobienia „oscillum – usteczka”. Rzymianie wieszali na winoroślach malutkie maski Bakchusa z otworem na usta, które kołysały się na wietrze i swoim dźwiękiem odstraszały ptaki. Oscylacja to także rzymski pocałunek.Może całus to też harmonijny feng-shui?

Krzaczasty Słończyk w Parku Regenta

13 sierpnia 2013

spacer RegPk 11.8..2013 002

Nie wiem, jak ci królewscy ogrodnicy tworzą takie atrakcje dla turystów i tubylców, bo oni są bardzo niewidoczni, pracując albo wcześnie rano albo późno wieczorem. Słoń, utkany z roślin, gałązek aromatycznych krzewów i kwiatów, jest nowym pomysłem. W poprzednich latach była to zwykle postać człowieka. Idea takiej metamorfozy jest z pewnością wynikiem  pertraktacji między ogrodnikami, roślinami i zwierzętami w ich wspólnej podświadomości. Nie jestem jednak pewien, czy ten mały słoń śni, że jest zlepkiem wielu roślin, czy może krzaczki wyśnily sobie, że przemieniły się w słonia. Etymologia słonia, od słonienia (słaniać się, zasłona) ma w sobie mgliste elementy spania na stojąco, wedle ludzich przywidzeń, że słoń nie może kłaść się, bo nie potrafi wstać. Trudno było tego śpiocha sfotografować, bo wtapiał się w otulinę drzew i krzewów. Kliknij na zdjęcie,aby zobaczyć powiększenie.

Utyskiwanie Selenitów Przed Nowiem

3 sierpnia 2013

may moon waningJedyną prawdą to jest, w co człek wierzy,
rzeczywistością jedyną to zasię,
co mu tęsknota jego pokazuje.
Nie ma nic nad to”
Jerzy Żuławski (1874-1915)

Czy wiecie, co jest rzeczywistością dla przeciętnego Polaka? Utyskiwanie na los, biadolenie na sąsiadów, narzekanie na rząd Tuska i tęsknota za księżycowymi złudzeniami. Tutaj tkwi tajemnicza spirala językowych skojarzeń. Skąd  przyplątało się słowo „utyskiwać”? Od prasłowiańskiego „tŭska- tęsknota”, która wałęsa się w podświadomości moich rodaków jako premier Tęsknota. Głównym utyskiwaczem jest jeden z „dwóch takich co ukradli księżyc”. A skoro już jestem w pobliżu wtorkowego nowiu księżyca, cytowany powyżej pisarz-poeta był pionierem polskiej fantazji naukowej. Jego trylogia księżycowa jest dostępna tutaj dla lunatyków , do których się zaliczam bez utyskiwania. Stanisław Lem (ur.12.9.1921) w przedmowie do wydania pierwszego tomu trylogii napisał, że czytanie tej książki  „było jednym z najbardziej fasycynujących doświadczeń, które potrafią zmienić życie”. Rocznica śmierci Żuławskiego (9.8.1915) przypada w tym roku za kilka dni po nowiu. Lem urodził się pod znakiem Panny (mój astrologiczny brat), a jego inspirator odszedł w przedświcie tego gwiazdozbioru. Innym intrygującym skojarzeniem jest wieś Lipowiec na Podkarpaciu (44 km od Rzeszowa),gdzie urodził się Żuławski. Dziś nie ma tam stałych mieszkańców, ale niektóre źródła podają, że w zeszłym stuleciu, Lipowiec był osiedlem Łemków. Czyżby przodkowie Lema mieszkali wśród Lemków? W drugim tomie księżycowej trylogii ” Selenici, skarłowacieli potomkowie uczestników wyprawy ziemskich astronautów, opisanej w poprzednim tomie, stają się niewolnikami Szernów – okrutnych czarnoskrzydłych kosmitów-demonów, którzy zamieszkiwali Księżyc przed ich przybyciem.” W trzecim tomie dwojgu niedobitkom skłóconych Selenitów udaje się powrócić na ziemię w XXVII wieku, gdzie wciąż panują próby kontrolowania ludzkości przez spiskowców. Plus ça change, plus c’est la même chose. 😦

Bez cienia ani rusz

4 sierpnia 2012

Cień w trudzie, cień we znoju cieszy podróżnego,
Cień bydło, cień pastuszka obżywia nędznego.
Gdyby nocnej na ziemię cień nie puszczał rosy,
Biedne by nasze zboża nie doszły pokosy,
Mizerny by nasz wiek był, kiedyby swojego,
Światu cień nie użyczał płaszcza czarniwego
Daniel Naborowski (1573-1640)
Nagminne w dzisiejszej Polsce wprowadzanie angielskich słów do naszego słowiańskiego języka oburza wielu purystów. Z upływem czasu  te obce nabytki , importowane na fali towarów i usług wszelkiego gatunku, zmiękna w kąpieli polskich spółgłosek i za kilka pokoleń nikt już nawet nie będzie pamiętał, że to czy inne słowo zrodziło się poza granicami kraju. Każdy prawie język jest takim zlepkiem rodzimych i adoptowanych słów i polszczyzna nie jest wyjątkiem.  Pod wieloma warstwami  przemian fonetycznych i znaczeniowych kryją się tajemnice prawdziwego rodowodu wielu na pozór czysto polskich słów.

Cień  – na pierwszy rzut oka –  ma taki właśnie nieskazitelnie polski wygląd; dźwiękowo, zmiękczone „c” i miękkie, nosowe „ń”,  zdają się wskazywać na słowiańskie korzenie. Oczywistym źródłem poszukiwań jest, w pierwszym rzędzie, staro-cerkiewno-słowiański język stworzony w IX wieku przez  misjonarzy greckich  Cyryla  i Metodego. Świątobliwi bracia-słoworoby czerpali natchnienie z gwary ich środowiska w okolicach Solunia (Saloniki) i tą drogą wiele greckich słów weszło w języki słowiańskie.

Grecki cień, „skia”, powędrował na Słowianszczyznę w potrójnej postaci –  jako „cień, ścień i sień”. Prawdopodobnie, sień – bezokienna przestrzeń między wejściem a główną izbą  – była pierwszym słowiańskim wcieleniem  greckiego cienia.  Dopiero nieco później, gdy zabrakło słowa na  tego nieodstępnego  sobowtóra, który włóczy się wszędzie za nami, pojawił się „cień” na określenie tych ciemnych kształtów, które światło potrafi wyczarować znikąd.

W moim dzieciństwie rodzice zabawiali nas domowym teatrzykiem „chińskich cieni” co, na białej ścianie oświetloej tylko lampą naftową  lub świecą, miało magiczny wpływ na młodą wyobraźnię. Strzygające długimi „słuchami” cienie zajęcze, ujadające ogary i  profile czarownic i potworów pojawiały się na białym ekranie gdzie jedynymi „aktorami” były rodzicielskie ręce i palce układane w przemyślnie ożywione cienie.  Nieco później, nasze teatralne ambicje powiodły nas do odgrywania milczących pantomin na tym samym tle –  sztuka zwana niekiedy „hiszpańskimi cieniami”.
Cieniście było nie tylko pod liściem lipy czarnoleskiej, gdzie Jan Kochanowski gwarantował swym  gościom  chłodny wypoczynek.Grecki „skene – namiot” przyjął się u nas w formie „ściany”, bo ta również dawała cień i schronienie, nie mówiąc już o wspomnianych  powyżej możliwościach  teatralnych.  Kto wie, czy pierwsze pomysły przedstawień teatralnych  nie zrodziły się pod namiotami koczowników, bo słowo „scena” jest ściśle splątana z greckim  „namiotem” i jego pokrewnym „cieniem”.  Oświetlone od wewnątrz  namioty  i  cienie ich mieszkańców  są – jak wie każdy harcerz i kempingowiec – bezpłatnym teatrem  żywych „chińskich”  cieni. Jako nieodłączny towarzysz człowieka od kolebki do grobu, cień musiał niechybnie wzbogacić nasz język frazami, metaforami i zwrotami mowy, którymi porozumiewamy się codziennie z naszymi bliźnimi. Gdy włochaty troglodyta po raz pierwszy rozpalił ognisko i ujrzał swój olbrzymi cień chyboczący się na ścienie jaskini, z pewnością ogarnął go taki strach, że rzucił się do ucieczki przed tym tajemniczym intruzem. Po upływie czasu, człowiek przestał „bać się własnego cienia”, ale uznał tego ciemnego towarzysza za swego bezcielesnego sobowtóra, który po śmierci odchodził do krainy elizejskich cieni. Przypadkowe lub naumyślne nadepnięcie na cień drugiej osoby jest do dziś  traktowane w niektórych grupach kulturowych jako poważne naruszenie etykiety. Tu i tam cień kobiety, zwłaszcza teściowej, uważany jest przez mężczyzn za zły omen, którego należy starannie unikać. W naszym cywilizowanym świecie pozostały tylko ślady tych przesądów w takich frazach jak „rzucać na kogoś cień podejrzenia” albo „usuwać kogoś w cień”.

Cień kładzie się, gra na przemian ze światłem, tańczy po ścianach i suficie, ale jest tak nieuchwytny i  dwuwymiarowy, że stał się  symbolem istnienia na pograniczu nicości. Cienie pod oczami są już pierwszym objawem wędrówki do tego mizernego stanu, w którym ktoś zaczyna najpierw wyglądać jak cień aż w końcu pozostaje z niego tylko cień dawnej osoby. W metaforycznych jednostkach pomiarów takich jak odrobina, kruszyna, ździebełko, krztyna lub ociupinka, „ani nawet cienia” (prawie wcale) idzie zwykle w parze z  takimi abstrakcyjnymi rzeczownikami jak prawda, wątpliwość, żal , przesada , satysfakcja i wiele innych.

„Gabinet cieni” to głównie anglosaski wynalazek, którego nazwa łączy w sobie pojęcie „cienia rządu” czyli głównej partii opozycyjnej wraz z ideą „śledzenia” każdego ministra w rządzie przez  jego „cień”, czyli przez  członka gabinetu cieni, pełniącego podobną  funkcję. Cień , nawet urojony, jest także niezbędnym partnerem dla bokserów w treningu. Wprawdzie nie jest go łatwo znokautować, ale o to przecież chodzi w sparingu: bokser uczy sie od cienia jak usunąć swego rzeczywistego przeciwnika w cień.   Innymi słowy – bez cienia ani rusz.
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Bać się czy nie bać

3 sierpnia 2012

Hej, panienko! dla Boga!
Czy się boisz Polaków?…”
Wincenty Pol (1807-1872)

Potknąłem się kiedyś nieopatrznie o jeden z tych sondaży opinii publicznej, które dziś uchodzą za wyrocznię, bo lud rzekomo przemawia głosem odurzonej „marychą” Pytii delfickiej.Pytanie, na które badacze vox populi szukali odpowiedzi, było samotne jak palec w bucie, ale odpowiedzi na nie były niezliczone.”Czego się najbardziej boisz ?” zapytano gromadę obywateli polskich obojga płci.

Z licznych odpowiedzi wynikałoby, że nasz skadinąd bohaterski naród boi się własnego cienia, nie mówiąc już o takich mało prawdopodobnych nad Wisłą wydarzeń jak trzęsienie ziemi (9%) i nieco bardziej możliwy huragan (6%). Najwięcej osób boi się padnięcia ofiarą nieuleczalnej choroby (58%) co jest całkowicie zrozumiałe, nawet  jeśli  możemy pocieszać się myślą o dramatycznych postępach w leczeniu wielu dawniej nieuleczalnych chorób.  Tylko życie, jak to kiedyś zauważył dowcipny filozof, kończy się niechybną śmiercia, więc należy zatem do tych chorób na które nie ma i nigdy nie będzie lekarstwa.

Kobiety, które wskakują z piskiem na krzesło, gdy przez pokój przebiegnie wystraszona mysz, trzymają w ręku komputerową myszkę i nawet poniewierają nią bez  odrobiny lęku.  Pająki, nietoperze, szczury, dentyści i latające spodeczki także mogą wzbudzać irracjonalne odruchy przerażenia w jednych osobach, podczas gdy inne obawiają się samotności, starości,  czarnych kotów, ciąży lub duchów.  Na banie się nie ma rady, bo każdy z nas, prawie bez wyjątku, boi się kogoś lub czegoś. Ludzi, którzy twierdzą uporczywie , że nie mają absolutnie żadnych obaw, należy traktować z  pobłażaniem należnym potomkom Stefka Burczymuchy.

Strach ma nie tylko wielkie oczy, ale ukrywa się także pod wieloma bliskoznacznymi słowami. Jest ich tak wiele, że trudno się czasem połapać, który z nich najlepiej pasuje  do tej czy innej sytuacji – gdzie, jak i kiedy należy go użyć.  Bojaźń i bojaźliwość na przykład nie zawsze mają to samo znaczenie. Przysłowie ludowe głosi, że: „miłość z bojaźnią nie stoi, nie miłuje, kto się boi”, ale religia poucza nas o potrzebie „bojaźni bożej” co, w tym wypadku, należy poprawnie tłumaczyć jako „nabożną cześć” raczej niż jako paniczny strach przed naszym Stwórcą.  Innym mylącym pozorami synonimem strachu jest „obawa” , a zwłaszcza jej nadużywana forma czasownikowa  „obawiam się” ( ang. „I am afraid”).  Gdy szef mówi do pracownika: „obawiam się, że muszę wyrzucić cię z pracy”, to nie mamy tutaj bynajmniej do czynienia z  bojaźliwym dyrektorem, który drży ze strachu na samą myśl o czyimś bezrobociu. Wprost przeciwnie, takie zdawkowe frazesy używane są głównie w celu odwrócenia  uwagi ofiary od wiszącego nad jej głową ciosu losu lub niechybnego rozczarowania  (np „obawiam się, że bilety są wyprzedane…że nie jestem w stanie spełnić twoich oczekiwań… że nie stać nas na nowy samochód itp).

Inny bliskoznacznik strachu – lęk – błąka się w poczekalniach psychoanalityków, gdzie nosi zwykle nazwę „fobii” czyli chorobliwej odmiany lęku, która zazwyczaj nosi jakąś imponującą grecką nazwę, jak agorafobia lub klaustrofobia (obawa przed otwartą przestrzenią/ zamkniętym pomieszczeniem). Ale nawet w tym polu minowym synonimów trzeba poruszać się ostrożnie, bo np polonofobia czy anglofobia ma znaczenie niechęci  lub wstrętu do Polaków/Anglików, a nie chorobliwej bojaźni przed nimi. Ostrożność nie zawadzi także w zetknięciu z osobą. która wpada w popłoch na widok szklanki z wodą, bo hydrofobia jest zwykle pierwszym sygnałem wścieklizny. Mężczyzna, który czuje odrazę do kobiet nie jest ginofobem, lecz mizoginem. W polszczyźnie nie ma słowa na określenie wstrętu kobiet do mężczyzn i nawet „mizantrop” (odludek) nie posiada żeńskiego rodzaju. Jest to swego rodzaju gwarancją dla akuszerek i ginekologów, że nie muszą obawiać się bezrobocia.

Grecki bożek Pan ponosi odpowiedzialność za panikę, którą rzekomo wywoływał swoimi wrzaskami, gdy  latał nocami jak opętany po górach i lasach w pogoni  za nimfami i dziwożonami. Panika to nasz bardziej swojski „popłoch”, który ogarnia stado płochliwych zwierząt lub tłum ludzi  zmuszając ich do bezładnej ucieczki w nieokreślonym kierunku.  Starożytne zioło znane jako „popłoch pospolity” (Onoperdon acanthium)  nie wywołuje paniki, a nawet wprost przeciwnie – wyciąg z tej rośliny jest skutecznym środkiem w leczeniu raka.

O tym czym jest strach i jego synonimy  dowiadujemy się z  czasowników i przymiotników, którymi te słowa zwykle się otaczają. Niektóre z nich są dość dziwaczne i trudne do wyjaśnienia. Dlaczego np mówimy „najadłem się strachu”, jakby to była jakaś potrawa do zaspokojenia wewnętrznego głodu?  Albo gdzie znajduje się opis sposobów przy pomocy których udaje się pomyślnie „uśpić czyjeś obawy”? Sianie popłochu łatwiej zrozumieć, bo to pewnie samosiejka pokrewna „cykorii”.

Jeśli chcemy wierzyć sondażom, to nie ma takich ludzi na tej planecie, którzy by nie byli podszyci tchórzem. Niestety, skrzętni badacze opinii publicznej nie biorą pod uwagę poglądów tego płochliwego zwierzaczka, które od wieków dostarcza nam swego futerka na podszewkę naszych dygoczących osobowości. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Chabety i dryganty

3 sierpnia 2012

„Co jest, że tak poselska izba nasza błądzi?
Nie dziwuj się, bo wałach drygantami rządzi.”
Daniel Naborowski (1573-1640)

Xiądz. Benedykt Chmielowski, „dziekan rohatyński, firlejowski, podkamieniecki pasterz”   słynie do dziś ze swej zwięzłej definicji czworonoga naukowo znanego jako „equus caballus”: „koń jaki jest, każdy widzi”, napisał ów pseudo-erudyta i rzecznik wieku ciemnoty w  swej popularnej w epoce Sasów  encyklopedii dla szlachty („Nowe Ateny albo Akademia wszelkiej scyencyi pełna..1745”).  Nic dodać, nic ująć. Szlachcic, który „jadł, pił i popuszczał pasa”, nie potrzebował długich i uczonych  wywodów o zwierzęciu, z którym był na „ty” od wczesnego dzieciństwa. Ignorant – encyklopedysta z Podkamieńca znał mentalność swych czytelników i dlatego poświęcił więcej stron opisowi mitologicznych i nieistniejących smoków, jednorożców i ryboptaków niż zwierzętom domowym które, jak to bystro dostrzegł, „są takie, jakie są”.  Dziekan Rohatyna nigdy by jednak nie przypuszczał, że jego definicja znajdzie się w powieści prawdziwego erudyty XX wieku, słynnego  autora „Imienia róży”, Umberta Eco. W książce „Baudolino”, na pytanie „jaki jest koń”, Poeta , jeden z bohaterów, odpowiada:  „koń jaki jest każdy widzi”.

A konie są cisawe, bułane, siwe, srokate i gniade, maści i kształtu wszelakiego, wielkie i ciężkie, zgrabne i wysmukłe jak baletnice, zdatne tylko do orki albo do boju, zwinne i ociężałe, mądre i tępe. Są wśród nich arystokraci rasy  końskiej z rodowodami dłuższymi od najstarszych rodzin książęcych; są też sterane ciężką harówką chabety, które już nawet zębów nie potrafią szczerzyć, gdy ludzie mówią, że maja końskie zdrowie.Słowo „koń” jest szczególnie słowiańskim wymysłem, odbiegającym daleko od bardziej  językowo rozpowszechnionego rdzenia proto-indoeuropejskiego  *ekwo-. Lingwiści podejrzewają. że to prasłowo nie przypadło Słowianom do gustu, bo było najprawdopodobniej obwarowane dla nich jakimś religijnym tabu. Prof. Brueckner snuje różne domysły o pierwotnej nazwie konia, ale ostatecznie skłania się do formy „komń”, bo istniały kiedyś takie słowa jak „komosić się – brykać” oraz „jechać komonnikiem” czyli konno. Tak czy inaczej, polszczyzna obfituje zarówno w liczne synonimy jak i słowa z obcych języków związane z nazwą koni.

Rumak, ogier i bachmat przyszły do nas wprost od Tatarów –  ludzi tak zrośniętych z koniem od dzieciństwa do starości, że sam ich widok wystarczył zapewne, aby w greckiej wyobraźni  powstała przedziwna rasa centaurów – człowiek do pasa, a reszta to koń. Arab, koński arystokrata, znany był w Polsce od wieków, zaś spokrewniony z tą  gorącokrwistą rasą, hiszpański dzianet, był koniem króla Jana Kazimierza, o którym wspomniał Henryk Sienkiewicz w „Potopie”.  „Dzianet” jest spolszczonym słowem hiszpańskim „jinete – jeździec”, które pochodzi od nazwy berberyjskiego szczepu Zinetów, słynnych ze swych popisów hipicznych (z greckiego „hippo – koń”).

Łaciński koń ,”equus”, znalazł się w polszczyźnie jako rzadko używane słowo „ekwici” – klasa rzymskich dorobkiewiczów i lichwiarzy, których było stać na kupno konia – ówczesnego Mercedesa – ale którzy nie mieli prawa zasiadania w senacie. Nasza swojska „kobyła” brzmi podobnie do hiszpańskiego „caballo”, późniejsza nazwa konia w łacinie, „caballus” i włoski „cavallo” dały nam kawalera, kawalerię, kawalerzystę i kawalkatę. Szwoleżerowie – lekka kawaleria – przygalopowali z Francji  (chevaux-legers od cheval, koń i leger, lekki), tak jak ich ciężkie, robocze perszerony (hodowane w  rejonie Perche).

„Drygant” albo „dryś” jest dziś rzadko spotykanym i niezbyt jasno sprecyzownym określeniem zarówno ogiera jak i wałacha, a w starobiałoruskim (lićwinskim) tak nazywali dawniej źrebca. W niektórych okolicach Polski drygantem nazywają także oberek – taniec, który przypomina trochę zachowanie ognistego ogiera.

Konie i męski szowinizm idą w zgodnej parze, więc trudno się dziwić, że samice końskiego  rodu mają zazwyczaj  takie pogardliwe nazwy jak szkapa lub chabeta, nawet gdy niektóre okazy wynędzniałych i łysych pariasów końskich są rodzaju męskiego (lub nijakiego). „Klacz ” – pożyczka z rosyjskiego – też jest spowinacona etymologicznie z „klępą” która, jeśli nie jest samicą łosia, oznacza ociężałą, podstarzałą i niezgrabną kobietę. Jeśli ktoś ma ochotę zagłębić się w rozległą i tajemniczą dla mieszczuchów wiedzę o rodach i gatunków tego niezwykłego i pięknego zwierzęcia, to może dowiedzieć się o istnieniu dawno zaginionych tarpanów, dzikich koni z czarnomorskich stepów, o kucach islandzkich i  miniaturowych falabellach z Południowej Ameryki.

Wypierane coraz brutalniej przez  agresywnego i morderczego „konia mechanicznego”,  nasze rumaki, mierzynki, chmyzy i kucyki można jeszcze oglądać tu i ówdzie, głównie w telewizji, podczas parad wojskowych lub rozruchów, w których bierze udział konna policja.  Koń na biegunach to staroświecka zabawka pradziadków,z której młode pokolenie, uzbrojone w gry komputerowe, może się tylko śmiać w kułak.  Były takie czasy, gdy mówiono o nas, że ” Lach bez konia jak ciało bez duszy, jak chłop bez świni, Żyd bez kozy, diak bez psałterki, a gospodarstwo bez kota na zapiecku”. Dziś możemy tylko wzdychać nostalgicznie, patrząc przez okno na malucha rdzewiejącego przed domem. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Chuć do chodzenia

2 sierpnia 2012

…nasz polski naród z przyrodzenia
Rad pątuje, bo zawsze chuć ma do chodzenia.
Bowiem przodkowie naszy  miejsca odmieniali:
Gdy się mieli prowadzić. Mówili: „Wen dalej!”
 Sebastian Klonowic

Pierwszym szewcem świata był zapewne jakiś pijany myśliwy z epoki kamienia łupanego, który zdarł skórę z jelenia, uciął dwa kawałki, okrył nimi bose stopy i owiązawszy je łykiem, wrócił do jaskini. Jego żona zerknęła na to pierwsze obuwie i mruknęła: „Chodaki do chodzenia”.  Język jaskiniowców był niewątpliwie wynalazkiem kobiet.

Słowo „chód”  rozmnożyło się w liczne „pochodne” synonimy i  pojęcia. Nasze „pochodzenie” wywołuje obraz maszerującej kolumny praojców, których „pochód” ( z „pochodniami” do zapalania zniczów po drodze) – ze „wschodu” na „zachód” – otrzymał miano „wędrówki ludów”.

Praojcowie zdobyli szmat ziemi, aby mieć z niej „dochody”  ze sprzedaży produktów rolnych , chociaż praca na roli kosztowała sporo „zachodu”. Nic dziwnego, że po znojnych żniwach, radośnie „obchodzono” dożynki, bo każdy miał więcej czasu na „podchodzenie” zwierzyny, „wychodzenie” na spotkania z „przechodniami” lub pogawędki na „schodach” z sąsiadami.

Chodaki były niezbędną ochroną „chodzideł” – jak to kiedyś żartobliwie nazywano członki ciała stąpające po „chodnikach” – w domu lub na ulicy.  Dopóki takie obuwie było produkowane z łatwo dostępnych  skór zwierzęcych, z  łyków lub drzewa , zdarte łapcie można było zzuć po wejściu do lasu i wyjść po jakimś czasie ozutym w ostatni  krzyk mody skórzano-wegetariańskiej. Warto może zaznaczyć w tym miejscu, że futra i galanteria skórzana wychodzą z użytku pod presją aktywistów Praw Zwierzęcych. Pojawiają się już sklepy w których można kupić ” buty wegetariańskie” – przypuszczalnie „kurpie” od wieków wyplatane z łyka lipowego  przez naszych Puszczaków z  Puszczy Zielonej. Podhalańską wersją  kurpiowskich łapciów są oczywiście „kierpce”,skórzane i zwykle wiązane rzemionami wokół łydek.

Butiki i buciki łączy tylko podobne brzmienie oraz to, że te drugie można kupić w tych pierwszych – jeśli specjalizują się w damskim lub męskim obuwiu. Butiki wzięły swą nazwe od  włoskiego słowa „bottega”, a ono z kolei przywędrowało z greckiego „apotheke” poprzez łacińskie „apotheca”, która jest naszą  „apteką”, a nie jakimś tam „butikiem”.  A jak  wiadomo, w aptece nie sprzedają buciorów, tylko maści na  odparzenia, nagniotki i inne nieprzyjemne rezultaty noszenia butów. But  (dawniej pisany „bót”) przybył do nas ze średniowiecznej łaciny („botta”) i jest jednym z tych słów, które dzielimy z Anglikami – w brzmieniu chociaż nie zawsze w znaczeniu.

W butikach łatwiej dziś pewnie znaleźć „adidasy” czy „Najki”, które na całym obszarze krajów post-komuny traktowane są przez młode pokolenie jako szczyt  oszałamiającej elegancji płynącej z walkmanów na falach hip-hopu, rokenrola i innych  zalewających rynek  krajowy „dobrodziejstw” Zachodu.  Istnieje nawet pewna kategoria  rabusiów, którzy specjalizują się w zdejmowaniu  spoconych adidasów  z nóg swych młodych ofiar. Na ulicach Moskwy gwarowe powiedzenie „Eto adidasnoje” do niedawna wyrażało zachwyt i podziw na widok  jakiegoś rarytasa. Takie stare powiedzonka jak „poznać pana po cholewach”  stoczyły się bezsilnie na same dno symbolicznych ikon społecznych.  Ten sam los spotkał hałaśliwe „saboty”, kiedyś (zwłaszcza w Holandii) mozolnie rzezane z wierzbiny. Dziś kupuje się je głównie jako antyk z minionej epoki albo pamiątkę turystyczną.

W sandałach  przechadzali się starożytni Grecy i Rzymianie;w nieco zimniejszych krajach nie były one zbyt popularne, chociaż moda na nie powrócila, gdy zziebnięte ludy Europy wyruszyły gromadnie w poszukiwaniu słońca i zapoznały się z idealnymi na plaże espadrylami i przewiewnymi trepkami do tańczenia w disco. Trawa esparto z której  plecione były podeszwy espadrylów nosi odpowiedzialność za ich nazwę. Trepki przydreptały do nas po niemieckich schodach (Treppe), zaś grecki „sandalion” dał nam i wielu innym narodom lekkie obuwie na słoneczne dni.

Szewcy – zasłużony dla ludzkich stóp cech mistrzowski – zostawili po sobie (bo jesli jeszcze istnieją, to z pewnością należą już do gatunków zagrożonych  przez adidasy i najki) bogaty folklor w przysłowiach i powiedzonkach.  Pocięgiel pana majstra służył mu nie tylko do przytrzymywania buta, ale również do jeżdżenia po grzbietach swych terminatorów jak  po szewskim kopycie. Ślęcząc przez wiele godzin  na niskim zydlu w suterynie, szewc miał sporo czasu na medytowanie nad losem człowieka, ale jego klienci nie zawsze mieli ochotę słuchać jego wywodów. Snobistyczni Rzymianie mawiali „sutor ne supra crepidam judicaret” co Polacy zwięźle wyrazili „Pilnuj, szewcze, kopyta”, zaś Anglicy w równie lapidarnym „let the cobbler stick to his last”. Czyż można się dziwić, że przy takim pogardliwym traktowaniu mistrza od dratwy i pocięgla, miał on zwyczaj wpadania w szewską pasję, zwłaszcza gdy – z  czystej frustracji – otworzył butelkę czystej wyborowej i był pijany jak szewc?  Po utopieniu swych smutków, szewc musiał pokrzepić się dłuższym odpoczynkiem dzięki czemu powstało pojęcie szewskiego poniedziałku, który jest święcony w Wielkiej Brytanii z takim samym zapałem jak wśród polskich szewców. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Żądza dialogu

30 lipca 2012

” Ja tutaj bardzo wiele słyszałem o dialogu. Ten dialog, proszę państwa, ta żądza czy wola dialogu przejawiła się tu, jak zrozumiałem, w wielu państwach wypowiedziach   (Leszek Balcerowicz w Sejmie)
„Otóż uważam, że drogą do znalezienia jednak jakiejś płaszczyzny porozumienia, ­ bo to jest konieczne dla Polski, ­ jest dialog, przede wszystkim dialog, niezależnie od tego, co kto tu powiedział na temat dialogu…Najgorzej, jeśli dialogu nie ma” (Marszałek Sejmu, Marek Borowski)

Każdy parlament, bez wyjątku, jest teatrem monologujących aktorów, których specjalizacją jest tragikomedia znana także pod nazwą polityki. Politycy uważają swoje monologi za przemówienia, te zaś są wygłaszane albo w formie pytań albo jako opinie partii, którą poseł reprezentuje. Przemówienie może też być w części lub w całości, „pomówieniem”, które polega na skierowaniu do zebranych posłów odpowiednio spreparowanych pytań z kategorii  „czy pan poseł Iksiński przestał bić swoją żonę? wystarczy krótkie tak lub nie”.  W takich momentach stróż obyczajów parlamentarnych, którego w Polsce nazywamy marszałkiem, a w Anglii „spikerem”, może skarcić pomawiacza albo wyłączyć mu mikrofon w celu uniemożliwienia  dalszych pomówień tego rodzaju. Poseł obdarzony silnym głosem może jednak wykrzykiwać takie pytania w nadziei, że zostaną dosłyszane przez obecnych w sejmie reporterów.

Dialog – o którym dużo się ostatnio słyszy w Sejmie – różni się tym od monologu, że są do niego konieczne conajmniej dwie osoby które, w idealnych warunkach, mówią na przemian. Dialog, w którym wiele osób stara się mówić równocześnie, przemienia się stopniowo w szum, gwar wielu głosów, hałas, harmider, wrzawę, zgiełk i tumult.  Wśród  licznych synonimów kakofonii spowodowanej dialogiem w którym każdy uczestnik usiłuje przekrzyczeć innych rozmówców , na szczególną uwagę zasługuje „harmider” – słowo rodem z dawnej Persji, które przywędrowało do nas przez stepy ukraińskie.  „Harami deresz” było dawno temu nazwą dla „dołu rozbójników”, w którym napastnicy czyhali na podróżnych., wyskakując znienacka i niewątpliwie siejąc postrach i zamieszanie wrzaskami i strzelaniną.  Z biegiem czasu zapomniano o bandytach, ale pamięć hałasu zostawiła swój podpis w słowie „harmider”.

Dialog brzmi bardziej elegancko niż gadanina, ale przetłumaczony z greckiego na polski oznacza po prostu: rozmowę (dia- przez, roz- i legein-mówić).   Etymologia „mowy” (dawno temu „mołwa” – hałaśliwy gwar) świadczy o wrodzonej kłótliwości lub conajmniej gadulstwie naszych przodków, którzy widocznie lubowali się w przemowach, odmowach, wymówkach oraz, być może, w zamówieniach na oszczepy i bursztynowe naszyjniki od przejezdnych kupców.  W braku magnetofonów z nagranymi głosami praszczurów, możemy tylko domyślać się dlaczego mowa i wrzeszczenie miały kiedyś to samo źródło. Jednym z wielu powodów była zapewne konieczność wychwalania własnych zalet i osiągnięć przez członków szczepu w celu osiągnięcia władzy co, z kolei,  dawało najgłośnieszemu chwalipięcie prawo do lwiej części łupów. Parlamenty krajów demokratycznych są dziś repliką tych szczepowych popisów oratorskich z tą różnicą, że zwycięża w nich najliczniejsza partia polityczna.

Żądza dialogu może skłonić polityków do szukania rozmów „w cztery oczy” , nawet jeśli bierze w w nich udział więcej niż dwie osoby. „Cztery oczy” w kontekście rozgrywek partyjnych oznacza nie tyle „sam na sam”, co  „bez niewygodnych świadków”  (ewentualnie: bez udziału posła Leppera).  Niemal każda rozmowa da się „prowadzić”, jak potulny koń, chociaż jeśli takie pertraktacje trwają zbyt długo, wówczas obserwatorzy mogą dojść do wniosku, że rozmowy „ciągną się” (jak guma do żucia)  lub „przeciągają się” (jak rozleniwiony pies). W takich sytuacjach, pożądliwi dialogów uczestnicy mogą „zerwać” rozmowy w celu skierowania ich na nowe tory, które pozwolą im potoczyć się w bardziej żwawym tempie.

Pole semantyczne rozmowy i jej synonimów przyciąga ku sobie wiele  takich właśnie czasowników, które pozwalają nam ocenić z więszą precyzją z jakim gatunkiem dialogu mamy do czynienia.  Przymiotniki spełniają podobną rolę, chociaż pod wpływem manipulowania słowami przez speców przemysłu PR, mają one często wiele podskórnych znaczeń. Tak np „konstruktywna wymiana zdań” określa sytuację, w której uczestnicy rozmów w „cztery oczy” usiłowali sią wzajemnie przekrzykiwać przez pół godziny w całkowicie jałowych „pyskusjach”.

Jeśli rozmowy „urwały się” nagle, ale zostały wznowione po pewnym czasie, wówczas obie strony szukać „nici porozumienia”, która  pozwoli im „nawiązać” do urwanych wątków.  „Zagajanie” dyskusji przez przewodniczącego nie ma nic wspólnego z ochroną środowiska, chociaż może on ostrzec pożądliwych uczestników dialogu, że „im dalej w las, tym więcej drzew” lub, innymi słowy,że w gąszczu przydługich tyrad obrady nie będą „owocne”.

W jednej kadencji Sejmu słowo „dialog” padło” tylko 94 razy i najczęściej w dyskusjach na temat stosunków międzynarodowych. Jak każdy wie, takie międzypaństwowe dialogi prowadzone są raczej mozolnie z pomocą tłumaczy, na których ciąży niezwykle trudne i niebezpieczne zadanie pogodzenia nieprzetłumaczalnych  idiomów, przysłów i metafor  w dwóch  wzajemnie niezrozumiałych językach. Takie dialogi są zwykle chronicznie kulejące. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Osioł w Gronie Epitetów

30 lipca 2012

Osiołkowi w żloby dano 
W jeden owies, w drugi siano.
Uchem strzyże, głową kręci,
I to pachnie, i to nęci.
Od któregoż teraz zacznie,
Aby sobie podjeść smacznie?
Trudny wybor, trudna zgoda
– …”
A.Fredro: Pan Jowialski
Ksiądz katecheta  (przedwojennego wyrobu) załamując ręce nad  naszym lenistwem nazywał nas, zgodnie z etykietą swego zawodu,”końmi Pana Jezusa”.  Takie delikatne eufemizmy owinięte w ewangeliczne aluzje, nie obowiązywały nauczycieli innych przedmiotów, a że o poprawności politycznej wtedy nie było mowy, więc niepojętny uczeń był dla nich zwyczajnym osłem.

Rzekomy brak inteligencji oślej jest z pewnością celową propagandą rozsiewaną przez dużo głupsze konie, zebry, wielbłądy i inne czworonogi. Motywem jest niewatpliwie zazdrość. Osioł ma duże i wrażliwe uszy, ładne oczy i ogon zakończony  intrygującym chwostem. Na widok kłody, jeża czy dziurawego wiadra, każdy zwierzak – prócz  kłapoucha – wpada w nierozumną panikę i pędzi na złamanie karku  gdzie pieprz rośnie. Osioł podejdzie powoli do intruza, zlustruje go dokładnie, powącha, zastanowi się i jeśli uzna ten obiekt za niegroźny, powróci spokojnie do skubania trawy.

Dźwięki, które wydobywają się z gardzieli oślej, nie można wprawdzie porównywać korzystnie z trelami słowika, ale musimy pamiętać, że tylko osioł potrafi ocenić piękno swego języka. Ostatecznie, muzyka rockowa typu ciężki metal, nie brzmi dla niektórych ludzi dużo lepiej od rozmowy osłów, chociaż wprawia ona tłumy fanów w paroksyzmy histerycznej ekstazy.

Bajeczka Pana Jowialskiego („znacie ją? znamy! więc słuchajcie…) przedstawia osiołka jako filozofa, głęboko rozważającego nie tylko wartości odżywcze  dwóch rodzajów paszy, lecz także przewrotność człowieka, który bezmyślnie naraża myślącego  osła  na tego rodzaju dylematy.  Czy można się dziwić, że w „Kubusiu Puchatku”, Kłapouch-jeszcze jeden literacki prototyp osła –  jest urodzonym pesymistą i mizantropem, którego dewiza brzmiała: „Zadnej z nikim Styczności. Zadnej Wymiany Myśli… Taka rozmowa do niczego nie prowadzi, zwłaszcza jeśli w drugiej części rozmowy ukazuje się ogon tej osoby.”

Trzeba przyznać, że bez zwierzęcych epitetów i porównań, polszczyzna byłaby nieco uboższa. Mrówka staje się symbolem  pracowitości, nawet jeśli należy do gatunku tych nierobów któe od rana do wieczora zajmują się głównie „dojeniem” mszyc. Osa jest reprezentantem złośliwych ludzi z ciętym jęzorem albo panien z wąską kibicią. W przedwojennej piosence propagandowej „jak pszczółki miód człek złote zbierał w PeKaO”, chociaż na wiele się te uciułane złotówki nie przydały, gdy do ula dobraly się hitlerowskie i  stalinowskie drapieżniki.  Wszechobecna mucha jest epitetem natręctwa, ale gdy jest w nosie wówczas daje nam znać, że ktoś jest w złym humorze.  W ustawicznej walce z  hordami tych prześladowców  notujemy rzadkie zwycięstwa w formie takich metafor jak „kręci się jak mucha w ukropie”, „leci jak mucha na lep” albo „rusza się jak mucha w smole”.

Tak jak osioł służy do określania tępoty rodzaju męskiego, tak do definicji podobnych niedostatków umysłowych u kobiet  posługujemy się symbolem gęsi, która w istocie rzeczy ma więcej inteligencji niż  rzekomo mądra sowa – jeden z najgłupszych okazów ptasiego rodu. W naszych  głowach gnieżdżą się kiełbie lub zajączki (objawy pomylenia, bzika lub pstrych barw); zimne mrowie przechodzi nam po skórze gdy coś nas przestraszy, chociaż mamy tutaj także do wyboru gęsią skórkę lub, w ostateczności, możemy trząść się jak osika. Trudno byłoby chyba  znaleźć jakąś cechę charakteru lub zachowania ludzkiego, do której nie pasowałby ten czy inny epitet wyłuskany z  obserwacji naszego naturalnego środowiska lub importowany z  popularnych i często naśladowanych  bajek Ezopa, w których zwierzaki zachowują się jak ludzie, głównie w celu wygłaszania moralów typu „pozory mylą” , „ten się śmieje, kto się śmieje ostatni” itp. Wiele bajek Ezopa skondensowano z czasem do krótkich powiedzonek, których źródło zostało już dawno zapomniane, chociaż  wegetują one do dziś w formie banalnych zwrotów mowy.

Język bogaci się przez nabywanie porównań i metafor, które bierzemy z otaczającego nas świata. Jak nazywaliśmy kolor, który dała nam pomarańcza, zanim wiedzieliśmy jak wygląda ten egzotyczny owoc?  Czasownik „małpować” z pewnością nie istnial jako synonim przedrzeźniania, zanim widok tych  komediantow zwierzęcych nie utrwalil się w naszej świadomości. Jak i dlaczego wybieramy takie a nie inne stworzenie jako uosobienie  ludzkich wad i zalet jest prawdopodobnie kwestią przypadku. Dla nas tchórz służy zarówno do określenia zwierzęcia jak i człowieka, któremu brak odwagi, podczas gdy  Anglicy uważają kurczaka za symbol tchórzostwa. Co kraj, to obyczaj; co język, to przenośnia.Krzysztof Niemirycz, jeden z  mniej znanych  poetów barokowych, tak moralizował kiedyś na temat zwierząt i ludzi:
Jedneż wady, jedneż cnoty
Mamy w sobie z zwierzętami
I ludźmiśmy jeno póty
Póki się na wodzy mamy.
Innymi słowy, wolno nam harować jak wół, mieć wilczy apetyt, być zapobiegliwym jak pszczoła, spać jak suseł i wstawać o świcie ze skowronkiem, ale nie powinniśmy brać za wzór zachowania osłów, świń, pasikoników, lisów i reszty moralnie podejrzanej hołoty. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Zaczarowane dryndy z fiakrami

24 lipca 2012

Cóż, według Ben Alego,
czarnomistrza Krakowa,
„to nie jest nic takiego
dorożkę zaczarować,
dosyć fiakrowi w oczy
błysnąć specjalną broszką
i jużeś zauroczył
dorożkarza z dorożką.”
K.I.Gałczyński
Kariera dryndziarza kusiła mnie w szczenięcych latach z dwóch powodów. Pojazd konny otoczony był aurą  elegancji z innego stulecia, a poza tym każdy prawie dorożkarz w moim rodzinnym mieście nosił długą, granatową kapotę ze srebrnymi guzikami i siedząc majestatycznie na koźle strzelał z bata nad grzbietem ignorującej jego popisy chabety. Bat, rumak i pojazd na resorach – cóz więcej brakowalo do uszczęśliwienia siedmiolatka?  W zimie dorożki przemieniały się magicznie w sanie, sunące się bezszelestnie po zaśnieżonych ulicach do akompaniamentu srebrzystych dzwonków ostrzegających nieostrożnych przechodniów przed kopytami końskimi.  Zaczarowane dryndy omamialy moje wczesne dzieciństwo.

Fiakier i jego pojazd ze składanym daszkiem na słotne dni zniknął po wybuchu wojny. Na jego miejsce pojawiły się przelotnie  rowerowe riksze, ale te także powędrowaly do lamusa lat wojennych.  Czarne wyziewy z rur wydechowych samochodów zastąpiły naturalny nawóz ogrodowy – zwycięski złom opanował ulice miast, redukując konia do cyrkowego  raroga dla turystów.  Nawet na polnych drogach można dziś oglądać drabiniaste wozy na samochodowych oponach. Kołodziej Piast powiększyłby dziś  grono bezrobotnych.

Wynalazcami karety, karocy, karawanów, karuzeli i nawet kariery byli prawdopodobnie Celtowie, bo w zaginionym staro-celtyckim języku „*karros-” było nazwą wozu, którą najpierw pożyczyli Rzymianie (później Włosi – carozza) a od nich inne narody.  Kareta była dawno temu odpowiednikiem dzisiejszego Daimlera i zgodnie z przysłowiem ludowym  wół nie pasował do tego magnackiego pojazdu. Karoca, zwłaszcza królewska, była czasem pozłacana i jej pudło z drzwiczkami ozdobionymi herbem wlaściciela było obite wewnątrz aksamitem, jedwabiem  z poduszkami  i futrami. Tak jak do karety nie zaprzęgano wołów, tak karoce musiała ciągnąć co najmniej czwórka rumaków.

Kariera ma, rzecz jasna, wiele stycznych punktów z  ruchem kołowym na drodze życia. W pogoni za pracą i szmalem fortuna  kołem się toczy. Czasem znajdziemy się na wozie, innym razem pod wozem, w zależności od rydwanu do którego zaprzęgneliśmy nasze ambicje. Rydwan, niestety, jest dziś tylko albo sprzętem scenicznym do wynajęcia z lamusów Hollywoodu w celu filmowania spektakli typu Ben Hura albo uwiecznionym w bronzie pomnikiem królowej Boadicei, pierwszej Icenki z prawem jazdy na te niebezpieczne dorożki brytyjskie.  Kwadrygi też wyszły z użytku, bo ostatecznie podróżowanie na stojąco z monotonną panoramą końskich zadów nie zachęcało wielu osób do dalekich wycieczek poza obręb miasta.

Dyliżans  pojawił się na wyboistych drogach nieco później. Nazwa ta była przyswojeniem słowa „diligence” w jego dawnym znaczeniu „pośpiechu”, bo ten zaprzężony w cztery lub nawet w sześć koni pojazd pędził na złamanie karku, najczęściej aby uciec z licznych zasadzek „zbójców na drodze”, których interesowała głównie żelazna szkatuła z  pieniędzmi i złotem. Dla pasażerów każda podróż  była niebezpieczna bez względu na rodzaj transportu. Mimo że dyliżanse turkoczą dziś tylko na ekranach telewizji  lub kina, każdy wyjazd poza pielesze domowe – bez wzgledu na rodzaj transportu – nie jest  pozbawiony ryzyka.

Przemęczeni szoferzy długodystansowych autokarów zasypiają nad kierownicą, bo nie muszą uważać na wyboje, błoto, trzody owiec i krowy wracające do obory i zamaskowanych chustką rozbójników wyskakujących zza drzewa z pistoletem w dłoni. Autostrady są jednak  zabójczo monotonne i działają na kierowców jak  opium. Jedynym ryzykownym urozmaiceniem tej bezimiennej  nudy może być opętany nagłym „szaleństwem szosowym” pomyleniec, który zdecydował dać komuś bolesną lub nawet śmiertelną lekcję jego interpretacji kodeksu drogowego.

Z pewnością większość czytelników miała kiedyś okazję jechania polną drogą na trzęsącej się  po wybojach i stwardniałych koleinach furmance wiejskiej. Obolałe siedzenie i kości były jedynym ryzykiem tego sposobu podróżowania, chociaż przejażdżka drabiniastym wozem na szczycie kopy siana mogła skończyć się boleśnie jeśli nie dostrzegliśmy w porę czyhających w sianie wideł.

W coraz bardziej zmotoryzowanej wsi polskiej, wiele dawnych pojazdów konnych to już tylko na wpół zapomniane nazwy. Wasągiem pewnie nikt się nie interesuje, ale kiedyś był to atrakcyjny pojazd  o bokach nadwozia wyplatanych wikliną. Biedka – jak sama nazwa wskazuje – była  dwudyszlowym, jednokonnym pojazdem używanym przez małorolnych chłopów lub zubożałą szlachtę zagrodową.

Kocz albo nieco mniejszy koczyk były  popularnym pojazdem wśród ziemiaństwa i burżuazji. Ich ogólnoeuropejską nazwę (angielski coach; franc. coche, niem. Kutsche) zawdzięczamy Węgrom lub, ściślej mówiąc, mieszkańcom węgierskiej wsi Kocs, którzy zajmowali się wożeniem pasażerów między Wiedniem i Budapesztem.  Bryczka tak musiała spodobać się Anglikom ,że przyjęli tę nazwę aż w pięciu różnych sposobach łamania języka przy jej wymowie: „britzka, britzska, britzshka, britschka i britska”. W bryce można było zmieścić dużą rodzinę, ale w mniejszej bryczce było trochę ciaśniej.
W poemacie „Do fiakrów” Franciszek Zabłocki (1750-1821) widział w pojazdach symbol szerzenia swych patriotycznych ostrzeżeń:
Ekwipaże, remizy, fiakry, bryczki, wozy
Wy jedni warci mego zaufania gońce
Poeci XXI wieku maja do uslug  emejlowego gońca do rozsyłania swych słów skrzydlatych  na cały niezmierzony świat internetu.Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Galimatias Europejski

24 lipca 2012

„Gdy profesorowi X zwracano uwagę na nieporządek panujący w bibliotece seminaryjnej odpowiadał, że chaos jest lepszy od porządku. W chaosie bowiem wprawdzie niczego nie można znaleźć, ale też nigdy niczego nie można zgubić.”

W Zjednoczonej Europie to jedno słowo: „galimatias” będzie zrozumiałe nie tylko dla nas, ale także dla Anglików, Francuzów, Hiszpanów, Niemców i kilku innych narodowości. Nikt nie jest pewien jego etymologii, ale wiadomo, że pojawiło się po raz pierwszy we Francji XVI-go stulecia w pierwotnej formie jako gallimafrée – mieszanina w rodzaju naszego bigosu albo grochu z kapustą. Być może był to zlepek dwóch słów francuskich, („galer” – zabawiać się  i  „mafrer” – objadać się) z  których Anglicy zrobili „gallimaufry”, odmienną wersję galimatiasu. Tak czy inaczej, galimatias zasługuje na specjalne wyróżnienie jako  lingwistyczne ziarenko z którego wyrośnie  zbliżenie ogólno-europejskie. Być może „galimatias”  pojawi się nawet w spisie euro-potraw – coś w rodzaju kulinarnej Konkordy.

Nikt z nas nie lubi bałaganu (słowo pożyczone z rosyjskiego) bez względu na to czy jest on skutkiem działania biurokratów czy też wynika ze złośliwości  przedmiotów codziennego użytku, które uporczywie gromadzą się bez ładu i składu w szufladach, na biurkach i w szafach, buntując się przeciwko wszelkim usiłowaniom zdyscyplinowania ich niesfornej  natury.  Bałaganem nazywano pierwotnie budy jarmarczne i stragany uliczne, gdzie towary różnego gatunku, jarzyny, owoce i nabiał walczyły o pierwszeństwo w nieładzie różnorodności.  Tym samym mianem „bałaganu” obdarzano także budy wędrownych teatrzyków i cyrkowców.

Dla starożytnych Greków, „chaos” był początkowo uosobieniem bekształtnej  materii w pustce, z której ewentualnie wyłonił się uporządkowany świat. Ten stan nie trwał długo, bo ludzkość ma przedziwne zamiłowanie do bezładu i potrafi wprowadzić rozgardiasz, publiczny lub prywatny, w każdych okolicznościach i bez względu na to gdzie on ma on zapanować. Ulice, domostwa, biurka, szuflady, szafy i ogólnie mówiąc każde miejsce, gdzie coś da się zachachmęcić w celu twórczej gmatwaniny, nadaje się doskonale do zbałaganienia.

Gromada synonimów stłoczona w polu semantycznym nieładu jest zapewne wskaźnikiem tego dość typowego dla Polaków talentu do improwizacji i niechęci do dyscypliny niezbędnej do utrzymywania porządku.  Niektóre z tych licznych synonimów sąsiadują z pokrewnymi pojęciami zamieszania, tumultu i wrzasków. Weźmy np „rozgardiasz” który, jak  powiada Brueckner, pojawiał się dawniej w formie „rozgardjasu” i oznaczał „biesiadowanie”. Jakie te staropolskie  biesiady były  wiemy  z licznych relacji świadków naocznych. Trudno się dziwić, że słowo to chybocze się dziś na pograniczu rwetesu i porozrzucanych w nieładzie klamotów.

„Rwetes”, słowo pochodne od „rwania” łączy bałagan z hałasem i bieganiną, którą zdesperowana pakowaniem walizek na wakacje pani domu ma prawo nazwać także „urwaniem głowy”.  Jeśli w takim momencie niespodzianie pojawia się na progu domu dawno niewidziana  ciocia Petronela, nastaje „sądny dzień” i pani domu oświadcza z błędnym uśmiechem, że dostaje „kołowacizny”.Nazwa ta jest wprawdzie potocznym określeniem choroby owiec, objawiającej się kręceniem zwierzęcia w koło, ale doskonale pasuje do zamętu w głowie, spowodowanym zbyt szybkim i chaotycznym biegiem wydarzeń. Osoba, która skołowaciała w domowym zawirowaniu, nie zawsze dostaje „kręćka”. Te objawy są bardziej zbliżone do „bzika”, którego zwykle dostaje się na jakimś punkcie – np porządkowania bałaganu który, jak każdy doświadczony człowiek wie, jest normalnym stanem rzeczy w każdym domostwie.

W ciemniejszych zakątkach pola semantycznego galimatiasu kryją się takie synonimy jak „kołomyjka”, „sodoma i gomora”, nieco dosadny „bajzel” i jego bliski kuzyn „burdel”, oraz  pożyczki z obcych języków: „snafu” („Situation Normal All Fouled Up – sytuacja  normalna wszystko w rozgardiaszu; są także inne, niecenzuralne wersje), „tohuwabohu” ( z hebrajskiego tekstu Biblii – bezkształt i próżnia czyli chaos) i z mitologii greckiej – „stajnia Augiasza” – miejsce tak niesłychanie zaniedbane, brudne i pogrążone w nieładzie, że trzeba na nie Herkulesa, aby mu dał radę. Jakimi krętymi drogami słoworóbstwa  włóczył się ukraiński taniec ludowy, aby stać się synonimem bałaganu i zamieszania w polszczyźnie,wymagałoby  głębszych dociekań naukowych. Słowniki twierdzą, że nazwa tańca pochodzi od miasta Kołomyja (dziś centrum sztuki huculskiej) , ale nie wyjaśniają pochodzenia takich powiedzeń jak „wciąż toczy się biurokratyczna kołomyjka”.To samo miasteczko dało nam także pogardliwe określenie „Anglik z Kołomyji” na kogoś, kto usiłuje nieudolnie pozuje na Anglika, popisując się znajomością kilku słów.

Bałagan jest niewybredny. Pojawia się w domu i w pracy, na stole, pod łóżkiem, w szafie i w kuchennym zlewie. Często potrafi także zaistnieć w głowie, ale wtedy zwykle mówimy, że powstał tam „mętlik” – interesujące słówko, które kręci się wokół takich pojęć jak smętek i bałamut. Te, z kolei, należą do sfery psychologii, a nawet czarów pod postacią Smętka, po którego tropach wędrował dawno temu Melchior Wańkowicz. Miałem zamiar dodać jeszcze kilka synonimów galimatiasu, ale na moim biurku panuje „kawalerski porządek”. Może innym razem…
Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Gorące Tematy z Gorzałką

23 lipca 2012

Jak woda zmywa grzechy świecona powszednie,
Tak gorzałka wypędza to, co człeka suszy.
A nie tylko pomaga ciału, ale duszy
Dlatego że się nie da frasować nikomu

Trzech Polaków, butelka gorzałki, jakiś drażliwy temat i już mamy wszystkie składniki na spreparowanie zagorzałej dyskusji. Etymologia ludowa głosi, że pierwszym producentem samogonu czyli bimbru był alchemik krakowski który przylepiał na butelki etykietki z napisem „gorzał K”, więc stąd poszła nazwa gorzałki.   Kim był ten tajemniczy gorzelnik? Wśród możliwych kandydatów jest profesor medycyny z XVI-go wieku Akademii Krakowskiej, Kasper ze Skarbimierza, który nawet napisał uczoną  rozprawę „Epistolae alchimicae” (Listy alchemiczne).  Jako lekarz Kasper  był z pewnością zaznajomiony ze „zgorzałym winem”, które istniało w Polsce od XV wieku, gdy nauczono się pierwszych prymitywnych metod dystylowania.  Poprzednikiem tej wczesnej „gorzałki” było zamrażane wino które po odmrożeniu używano jako środek leczniczy , skąd zapewne powstała nazwa „wody życia” czyli akwawity.   Tylko alchemik miał do swej dyspozycji kolby, retorty i inne przyrządy niezbędne do fermentacji i przecedzania wina, z którego produkowano „gorzałkę”.  Uczony doktór-alchemik Kasper pasuje więc nieźle do tajemniczego K. gorzejącego wino w swej akademickiej pracowni.

Gorzałka, tak jak gorączka, gorąco, ogorzały i zagorzały są potomstwem czasownika „goreć, gorzeć”, które wywodzi się z domniemanego korzenia indo-europejskiego *gher-, później ukazującego się w staro-hinduskim „gharma” – „żar, gorąco, pora upałów”. Te prastare ślady są mniej widoczne w słowie „ugór”, które dziś określa pole nieobsiewane przez dłuższy czas i zarośnięte chwastami. Pierwotnie mogło ono mieć znaczenie ziemi spalonej żarem słonecznym. Przy wlewaniu  gorącej kawy lub herbaty do termosu, nie domyślamy się ,że to greckie słowo (thermos= ciepły, gotujący się od  thero = ogrzać) też jest kuzynem naszego gorzenia  i że znane z bohaterstwa Spartan Termopyle to „Bramy Gorące” – tak nazwane od gejzerów, a nie od zażartej bitwy z perskim najeźdzcą.

Wyczucie językowe pozwala nam lawirować, mniej lub więcej bezkarnie, wśród  zdradliwych wirów semantycznych, które mogą łatwo zmienić sens zamierzonej wypowiedzi. Tak np „gorący uczynek” jest dość precyzyjnym określeniem niecnego postępowania i dlatego mąż który wchodzi niespodzianie do kuchni, nie mówi do stojącej przy garnkach żony: „Aha! przyłapałem cię na gorącym uczynku!”. To powiedzonko pożyczyliśmy od starożytnych Rzymian, dla których „flagrante delicto” oznaczało „gorejące przestępstwo” – niezaprzeczalne bo przychwycone w trakcie popełniania.

W tłumie synonimów też można się łatwo zgubić, bo tutaj znowu wchodzi w grę nasza podświadoma znajomość języka. Przymiotnik „gorący” określamy albo  zastępczym synonimem „bardziej ciepły” albo całym zdaniem – „posiadający wysoką temperaturę”. W obu wypadkach grzeszymy mglistą terminologią, bo „ciepły” umyka nam w dalsze mgiełki  słownikowych definicji: „mający temperaturę pośrednią między gorącem a zimnem”. W skwarze letnim, gdy temperatura podskakuje do 30 stopni Celsjusza, wachlujemy się, narzekając, że jest „gorąco”.Ale gdyby termometr w ustach wykazywał tę samą temperaturę, to z pewnością wzywalibyśmy doktora. Natomiast gorący kochanek nie musi trzymać termometru pod pachą  aby dowieść swoją namiętność, chyba że jego zapał ma swe źródło w grypie.

Dziecięca zabawa polegająca na poszukiwaniu ukrytego przedmiotu uczy maluchów innego pojęcia temperatury. Wykrzykniki „ciepło” i „zimno” sygnalizują dystans -bliższy lub dalszy – jaki dzieli młodych uczestników zabawy od znaleziska.  Do innej dziedziny kaloryferycznych metafor należy dość zabawne kojarzenie ciepła z bogatymi kobietami. które było w obiegu wśród bawidamków goniących za posagiem. Ciepłym wdówkom nigdy nie brakowało konkurentów, nawet gdy traktowały ich ozięble.

Pieniądze w płynnej formie gotówki mają więcej wspólnego  z ciepłem niż nam się może wydawać. W pierwotnym znaczeniu, „gotowanie” nie miało żadnego związku z kuchnią i garnkami.  Kobiety z wyższych klas społecznych spędzały więcej godzin w gotowalni niż przy kuchni, bo ten pokoik do upiększania się był w dawnych czasach konieczny do upinania długich włosów w skomplikowane fryzury, nie mówiac już o naklejaniu kokieteryjnych „muszek” i nakładaniu innych ozdób.

Dawno temu „gotowiec” i „pogotowie”  oznaczały potrawę przyrządzoną „na chybcika”, nie wymagającą dłuższego „warzenia” i gotową do jedzenia.  Z czasem „gotowość” potraw pomylono z przyrządzaniem takiego „szybkojadła”  i w ten sposób narodziło się pojęcie  „gotowania” na ogniu. Dlatego dziś mówimy, że pani domu zgotowała gościom niespodziankę gdy ugotowała na kolację czarną polewkę zamiast łososia w śmietanie.
*  *  *
Sieciowe łącze internetu ułatwiają stapianie się języków całego świata w „nowospik”, w którym albo obce słowa przyjmują swoiste dźwięki  lub swojskie wyrażenia nabierają dziwnych obcych akcentów. Mowa naszych praojców wędrowała innymi szlakami, ale naśladowanie obcych słów było widocznie szeroko rozpowszechnione wśród wielojezycznej ludności. W niektórych wypadkach obce słowo mogło być uważane za magiczne zaklęcie i to było wystarczającym powodem aby zaadoptować je w celach liturgicznych. Tak np Słowianie skojarzyli słowo „wireti”- nasze polskie „wrzeć, warzyć” – z gorącymi zródłami i bulgotaniem wulkanicznego błota (czeskie Karlove Vary).  Dla innych ludów słowo to określało coś  gorącego, więc Anglosasi przyjęli je jako „warm”, Lotysze jako „wars” (zupa) a Polacy jako wrzątek, warząchew i piwowarstwo. Co kraj, to inny słowny obyczaj. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass

Jako Żywo i Pionowo

21 lipca 2012

„Człowiek, myśląc, maluje i śpiewa zarazem.
Wyraz „jako” jest pęzlem lub dłutem tak samo
Jak głoska „O!” jest nutą, a spółgłoski – gamą.
Słowo więc całość  w sobie od początku niosło,
Rozwinęło je tylko uczone rzemiosło.”
Cyprian Norwid

Przestarzałe wyrażenia mają w sobie uporczywą żywotność, która pozwala im pojawiać się niespodzianie w mowie i w piśmie.Nawet jeśli używamy ich żartobliwie, albo dla celowego archaizowania w jakimś kontekście historycznym, to ich obecność świadczy, że nie dają się tak łatwo wyprzeć z obiegu.

„Jako żywo” powstało zapewne w bardzo wczesnych dziejach
polszczyzny. Jest  w tym emfatycznym zapewnieniu o prawdzie tego co mówimy (lub piszemy) echo pogańskich wierzeń, gdy każde słowo związane z  „życiem” miało w sobie siłę magiczną i  było gwarancją, że wymawiający takie zaklęcie człowiek mówił prawdę.Dzisiejsze synonimy tego dawnego wyrażenia: „na pewno, oczywiście, bez wątpienia”, nie mają już w sobie tej staropolskiej łączności z bogatym polem semantycznym „żywota”, w którym było miejsce na dwie najważniejsze żywicielki – matkę rodziny i matkę-ziemię, a także na zwierzęta domowe (żywizna), siły  natury (żywioły), żywność i miejsce na nią (żywot) i wreszcie  łzy sosnowe (żywica).  Żywność i żywotność istniały w świadomości naszych przodków jako jedno nierozłączne pojęcie, z którym kojarzyła się także idea energii, ruchu, pośpiechu („biegnij co żywo!”)

Słowo „żywić”  poszerzyło z czasem swoje pierwotne znaczenie utrzymywania ciała przy życiu i  przesunęło się zwolna w sferę metafor, gdzie ktoś- może jakiś poeta – doszedł do wniosku, że istoty ludzkie poświęcają także sporo czasu na karmienie takich  głodomorów jak nadzieja, uraza, złość, podejrzenia, żal do świata, przekonania, uwielbienie  i całą menażerię podobnych abstrakcji. Nadzieję żywimy zwykle w sercu, ale inne „jadłodajnie uczuć” też są możliwe, jak np głębia duszy lub myśli. Pokarm jest ważnym składnikiem naszej narodowej kultury (np jako objaw gościnności) więc może tym właśnie można wytłumaczyć naszą predylekcję do włączania uczuć w sfere kulinarną.

W innych językach czasownik „karmić” też  może być wprzęgnięty w metafory, ale te najczęściej odzwierciadlają odmienny rozwój kulturowy narodu. W Anglii maszyny są „karmione” (feed the machine), u nas raczej zasilane; Anglik żywi piec opałem – my dorzucamy węgla. Brytyjczycy karmią oczy jakimś pięknym widokiem; my  pasiemy oczy, aby nasycić wzrok, zaś Francuzi wolą pasać urazy („garder rancune”). Jako żywo,niektóre metafory wiodą bardzo interesujący żywot.

W  pionie i na poziomie
Przed wojną, jako dziecko językowo niewinne, znałem tylko pion murarski. Był to kawalek ołowiu, zwykle w kształcie stożka, przywiązany do cienkiej deseczki, którą  majster murarz kładł pieczołowicie na górnej warstwie cegieł. Pion był jego gwarancją, że mury, domy i zamczyska nie będą budowane „na oko”. Jak wygląda coś zbudowane bez pionu można obejrzeć (za opłatą) w pięknym mieście zwanym Pizą.  Stojąca tam Krzywa Wieża jest naocznym dowodem jak wygląda tzw  „odchylenia od pionu”. Ta pochyła atrakcja turystyczna rozpoczęła swój dziwny żywot w roku  1173 i była budowana – z długimi przerwami – przez następnych dwieście lat.  Od samego zarania miała rzekomo tendencję do ignorowania pionu murarskiego, co spryciarze pizańscy uznali za doskonały sposób przyciągania gapiów z całego świata do ich raczej nieciekawego miasteczka.
Po wojnie poloniści PRLu wymyślili inne piony, które rozmnożyły się jak króliki w Australii i tak już zostało do dzisiejszgo dnia. W szkolnictwie są piony ogólnokształcące i zawodowe, wieżówki mają piony kominowe, gazowe itp, a w niektórych instytucjach istnieją nwet imponujące „piony  zarządzania klientem”. Przekornie poziome piony można oczywiście spotkać na szachownicy, gdzie przyjęły bardziej skromne miano pionków.  Aby dowiedzieć się czy poziom jest poziomy używano instrumentu zwanego libellą, waserwagą i wreszcie w spolszczonej wersji – poziomnicą pęcherzykową.   Ten pęcherzyk w szklanej rurce zdradza momentalnie, gdy coś nie jest na poziomie. Bardzo dowcipne urządzenie. Słowo „pion” przyszło do nas z Włoch, zapewne razem  z włoskimi architektami którzy, mimo dziwacznych wyczynów murarzy pizańskich, słynęli na całą Europę ze swych umiejętności w budowie  pałaców, zamków, kościołów i mieszczańskich kamienic. Nasi murarze zmienili włoski „piombo” (ang. plumb-bob, plummet) na „pion”, chociaż  bardziej polsko-brzmiąca „ołowianka” (dosłowne znaczenie łacińskiej nazwy ołowiu – plumbum)  też była kiedyś w użyciu.

Łacińska nazwa ołowiu zachowała się w polskiej plombie. Ta, którą dentyści wypełniają dziury w spróchniałych zębach mądrości, nie jest już, na szczęście robiona z trującego ołowiu, ale z amalgamatu cementu, srebra i innych nieszkodliwych metali. Ołowiane krążki z pieczęcią firmy lub urzędu celnego, które są umieszczane na towarach lub używane jako zabezpieczenia lub zamknięcia, to także plomby. „Plombowiec” to też plomba budowlana czyli „budynek wznoszony w zwartej zabudowie między istniejącymi już budynkami bądź też budynek wolno stojący lub bliźniaczy w niskiej zabudowie, wznoszony na działce znajdującej się pomiędzy dwiema zabudowanymi już działkami ” – jak to określa encyklopedia internetowa „Wiem”.
I wreszcie dziuple w bardzo starych, próchniejących  drzewach i  szczeliny w zabytkowych budynkach też są czasem plombowane cementem, co pomaga rzekomo w przedłużaniu ich żywota. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass


%d blogerów lubi to: