Posts Tagged ‘Łysa Góra’

Tête à Tête z Ważką Gadziogłówką

29 października 2013

dragonfly headPo krętych ścieżkach skojarzeń doszedłem do wniosku, że prawie każdy język ludzkości jest kolażem innych języków. Niby nic w tym nowego, bo lingwiści znaleźli jakieś zlepki liter, które są rzekomo widoczne w licznych językach naszych praszczurów. Jako pseudo-naukowiec pozwolę sobie żartobliwie udawać, że mam jakieś dowody na poparcie moich wywodów. Oczywiście, że nie mam ich, poza Guglem i Wikipedią, gdzie prawdziwi naukowcy tłumaczą tysiące znaczeń. Moja teza głosi, że w odczytywaniiu znaczeń słów, trzeba odwołać się do podświadomości i fantazji poetycznej. W tym krótkim eseju spróbuję skleić kolaż z pra-znaczeń słowa „głowa”. W jej rodowodzie jest zakodowane pierwotne znaczenie – Łysa Góra. Prasłowo”halva” z łaciny „calvus, calva – goły, łysy, a stąd Calvaria – góra  (łysych) czaszek i sanskryt „kapala”- czasza i czaszka. Trupie czaszki pokonanych wrogów były używane jako miski do picia samogonu. W przenośni głowa ma wiele znaczeń. Moja ulubiona: „głowa państwa upadła na kolana przed głową kościoła.” Kaput – jidisz i niem.- stracony, kraksa, ruina, śmierć. Francuskie „tête à tête” jest bardziej romantyczne niż polskie „łeb w łeb”. Aby zgromadzić spory kapitał trzeba mieć głowę do interesów, czyli kiepełe. Na zdjęciu głowa ważki różnoskrzydłej z podgatunku gadziogłówek, trzepli i smagleców. Po ang. mucha smok (dragonfly). Tylko tyle podołałem w dzień wstecznego Merkurego.

Reklamy

Nocne Łyskania na Łysej Górze

18 lipca 2012

Sława! tej pole niezbyt owocne
Nadziejać tylko zielona,
A względy? znamy łyskania nocne
Suchej pogody znamiona.
Franciszek Kniaźnin (1750-1807)
Z moich wiejskich wywczasów przedwojennych pamiętam jak nasz gospodarz mawiał, spoglądając na wieczorny widnokrąg: ” Łyska się na pogodę. Z kosą bedzie trza iść skoro świt na łąkę.”  Lud wiejski nie tylko znał język Matki Natury, ale także potrafił zachować mowę przodków w jej oryginalnej formie. Łyskawice łyskały i gromy huczały na wsi; dla mieszczuchów błyskawice błyskały do akompaniamentu grzmotów. Nasza piękna mowa ma różne widzimisię ,więc- tu i tam – połyka czasem jakąś spółgłoskę, aby utworzyć słowo łatwiejsze do wymówienia.  Tak się zapewne stało z błyskawicą, chociaż gdzieś na pograniczu tych podobnych  do siebie dźwiękowo słów kryje się czasownik „lśnić (się)”, który mógł był wpłynąć na powstanie „łyskania”.

Błyskawica zrodziła się z „błysku”, on zaś przywędrował w polszczyznę  z proto-indoeuropejskiej wylęgarni językowej, zahaczając po drodze o anglosaskie „blican” i germańskie”Blitz”. Według dawno już temu odkrytej reguły spółgłoski potykają się w swych włóczęgach o wymowę różnych narodów i zmieniają swoje oryginalne brzmienie. Prasłowo *bhleg- przemieniło się z biegiem czasu w *bhleig-sk, które szczepy słowiańskie przyjęły jako „blask, błysk”, Anlicy ” blaze”, zaś Grecy zmienili na „phlego”,a Rzymianie na „fulgere”.

Od błyskawicy do łysiny może się wydawać długa i mało prawdopodobna ścieżyna, ale języki mają różne nieoczekiwane kaprysy i dziwactwa, których rezultatem jest właśnie taki mezalians dwóch pozornie obcych sobie  pojęć. Chociaż „łysina” kojarzy nam się głównie z brakiem uwłosienia na męskiej głowie, innym jej znaczeniem jest  białe umaszczenie między czołem i nozdrzami koni lub bydła (zwane także strzałką albo gwiazdą w zależności od jej kształtu).  Ponieważ biały kolor odbija światło, więc „łysiną” nazywano dawniej to co „(b)łyskało” i tutaj właśnie jest punkt styczny między łysą pałą i  „łyskawicą”.  Końska łysina po angielsku nazywa się „blaze” – słowo wywodzące się z języka Wikingów („blesi”) – ale mające swe źródło w prasłowie *blaz – połyskujący, biały. Ciekawy, chociaż trudny do udowodnienia,  związek istniał prawdopodobnie między tą końską łysiną i dawno zapomnianym bożkiem słowiańszczyzny Własem albo Wołosem opiekunem koni, bydła , wojny i ognia. W niektórych źródłach nazywano go nawet bożkiem w postaci konia, a jeśli tak go sobie wyobrażali nasi przodkowie to z pewnością miał na czole jakiś znak w postaci białej gwiazdy czyli „łysiny”.

Jego kult musiał być silnie zakorzeniony wśród  wędrujących po stepach pogańskich Sarmatów, bowiem Kościół  musiał wkońcu zastąpić go  jakimś świętym męczennikiem który, zarówno imieniem jak i rytuałem,mógł przypominać wzdychającym za starymi obrzędami neofitom ich  zdetronowane bożyszcze.  Chrześcijańskim następcą Wołosa był św. Blasius (Błażej, Blaise, Blase albo Blazey), którego święto przypada 3 lutego. Jest on patronem koni, bydła, gręplarzy (był rzekomo torturowany gręplami) i ludzi cierpiących na choroby gardła. Ludowe przysłowie mówi o nim: „św Błażej – gardła zagrzej”. Tylko w chorwackim Dubrowniku Blasius-Błażej przechował się pod swoim pogańskim imieniem jako „swatyj Wlach”; tam spoczywają jego szczątki i tam mieszkańcy uroczyście obchodzą  dzień jemu poświęcony.

Góry Świętokrzyskie, a szczególnie Łysica i Łysa Góra, były z pewnością  ważnym ośrodkiem kultowym osiadłych tam szczepów słowiańskich, ale poza legendami nic z tych dawnych wierzeń nie pozostało. Możemy się tylko domyślać, że misjonarze uważali te okolice za siedlisko zatwardziałego pogaństwa, na wykorzenienie którego konieczna była potęga św Krzyża. Ale nawet budowa klasztoru Benedyktynów nie zdołała całkowicie wytrzebić pogaństwa, o czym świadczy długotrwała tradycja wiążąca Łysą Górę z sabatem czarownic przylatujących na miotłach w celu odnowienia paktu z diabłem. W Polsce jest conajmniej kilka Łysych Gór w różnych częściach kraju, co wskazywałoby na to, że były to miejsca poświęcone czci jakiegoś słowiańskiego boga. Etymologicznie, „Łysa Góra” mogła być umownym wśród prześladowanych resztek pogan eufemizmem na „górę Własa”.  Legenda wyjaśniająca pochodzenie herbu Jastrzębiec opisuje oblężenie pogańskich mieszkańców Łysej Góry przez rycerzy Bolesława  Śmiałego. Ich konie ślizgały się bezsilnie na gołoborzu  pokrywającym zbocza góry, dopóki  przemyślny wojak Jastrzębczyk nie wpadł na pomysł zaopatrzenia swego rumaka w podkowy, co pozwoliło mu dotrzeć na szczyt Łysej Góry i zwyciężyć w pojedynku przywódcę wyznawców Własa.

Mądrzy ludzie mówią, że w każdej legendzie kryje się ziarno prawdy, więc i tutaj, być może, pozostały ledwie widoczne ślady jakiegoś obrzędu, w którym koń Własa, z nieodłączną łysiną na czole, musiał wspiąć się na szczyt góry, zanim kapłani złożyli go w ofierze na ołtarzu bożyszcza. Takimi to drogami błąkają się dawno zapomniane słowa i znaczenia,przerabiane wielokrotnie z różnych powodów, ale wciąż możliwe do odcyfrowania pod patyną wieków. Wszelkie prawa autorskie zastrzeżone ©Stefan Grass


%d blogerów lubi to: