Wiersze 2011-cz.2

Bezkres Sennych Marzeń
Nie gub mi się w bezkresie naszych sennych marzeń
Zostaw mi złoty okruch twej niezłomnej duszy
Abym mógł cię ujrzeć – świecący kwiat paproci
W tajemniczym pomroku świętojańskiej nocy.

Nie kryj się przede mną w poplątanych splotach
Tej wierzby płaczącej nad ścieżką do nikąd
Bo mi czarne łabędzie zdradza twą kryjówkę
Zanim otrzesz z twych oczu łzy wierzbowych liści.

Nie baw się w chowanego, bo serca nie schowasz
Ono bije zbyt mocno i krwawi zbyt łatwo
Owiń je w jedwab uczuć jak bezcenny klejnot
I zostaw je na później w skrytce sennych spotkań.

Pożegnanie i Puste Wieczory
Wieczory są puste bez Ciebie.
Odeszłaś – sen nagle przerwany
Jak dźwięk pękniętej struny
I blask meteoru na niebie

Dyskretnie, bez słów pożegnania
Twój oddech, nagle urwany, zniknął
W podmuchu tajemniczych wichrów
Zostały mi tylko ziarna Twojej ciszy.

Nie umiem śpiewać pustonocnych trenów
Jak dawne wiejskch żałobników rzesze.
Wiersz sercem pisany weź za towarzysza
Twej wędrówki do gwiezdnych bezkresów.

A gdy już znajdziesz Twą Wyspę Szczęśliwą
Prześlij mi uśmiech Twój niezapomniany
I spojrzenie Twych oczu, szept Twego adieu
Do wypełnienia pustki mojego wieczoru.

Brama do Chramu Naszej Gwiazdy
Rzuciłem okiem na wierzchołki drzew,
A one otworzyły mi bramę do słońca.
Biała kula na katapulcie cienkiej gałęzi
Zielony strażnik czeka na złoty klucz
A liście ślą chloroglificzne sygnały
O przybłędzie zgubionym na szlaku
Beznadziejnych wędrówek do nikąd.
Nucąc O, sole mio, czekam
Aż ktoś mi wręczy mapę heliotropów
I płomienny drogowskaz do chramu Apolla.
Odejdę, bez żalu, w dzień słonecznych uniesień
Gdy kwadryga Ikara popędzi szalona
Wprost w ogniste ramiona gwiazdy niepokoju
I miłości, której ziemia nie potrafi pojąć.

Odloty i Pożegnania
Gdy odchodziłaś, padał deszcz
Na szybach moje łzy – płacz okien
Twój świat wolno znikał we mgle
Parasol osierocony
Stał w kącie bezradnie
Ciemne chmury brzemienne smutkiem
Wiatr cichnął – twój oddech zanikał
A potem była cisza i niemy fortepian
Grał tylko żałobny marsz Chopina.
Odeszłaś bez słowa,
Ale w tym bezsłowiu
Była cała twoja miłość
I przebaczenia pocałunek

A Przecież Mogło Być Inaczej…
Młodość – jak rwący górski potok.
Miłość – nocna woń macierzanki.
Byłaś piękna-w twych oczach: przyszłość
Księżyc-kłamczuch zaglądal w okno
Śląc sny niespokojne o wojnie…
A potem bomby i swastyka
Czar sczezł w pożogi czarnym dymie .
A przecież mogło być inaczej…

Uciekinier z jedną walizką
Na mglistej Wyspie bez przyszłości.
Dźwięk polskich słów w obcości morzu
A potem wróżka z różdżką – zmiana
Na dobre. Buduj nową przyszłość
Śnij o tym co się nie wydarzy
Pukaj w niemalowane drzewa
Bo przecież może być inaczej…

Starość- truchtem do złotej bramy
Gdzie czeka błogi odpoczynek.
I macierzanka znowu pachnie
Dawną miłością młodych dni.
I nagle cios! Zgubiona różdżka
Ciska twą wróżkę w głęboki sen
Z którego nie ma już przebudzeń
A przecież mogło być inaczej…

Powab Zielonych Glonów
Nie wiem czy jestem tym zielonym glonem
Czy stawem na którym się zjawił o świcie.
Może jednym i drugim, w zgodnym piruecie?
Po lewej stronie- dom dla białych ptaków
A po prawej – sierp złowrogi ukrytej sinicy.

Chryzofity, okrzemki, pierwotki i toczki
Krasporosty i moje glony samożywne
Skryły się w tym zielonym dywanie bezczynu
I wabią mnie ku sobie, szepcząc: „Odpoczywaj!”
Pod zielenią jest cisza i ciemność kojąca.

Białe ptaki czekają na plusk złotej ryby
Tej, która zna głębiny królestwa sinicy
I przekaże im glonów potajemne słowa
Abym mógł odczarować pokusę nieżycia
Przed odlotem z ptakami na zimowe leża.

Echa Nocy Listopadowej
Cień przeszłości się błąka po ścianach pokoju
Drży, bo nie wie czy go powitam uśmiechem,
Czy klątwą, a może łzami bezsilności.
Czym jest przeszłość dla drzewa? tylko martwym liściem
A dla mnie? korowodem zagubionych cieni.

Nie chcę pamiętać o tym co było przed laty.
Twój ból stopiłem z moim w tyglu przebaczenia
Nasze łzy ożywiały zieleń żywopłotów
Twój oddech jak szept wiatru na harfie Eola
Kołysał nas do snu i budził mnie o świcie.

Listopadowa noc spowiła moje dzisiaj
W siedem ciemnych woalów tajemnej niewiedzy
Jutro to tarantella ciemnego człapuna
Tańczącego na chmurach złudy mknącej chwili
Czekam na słońce – złoty deszcz dla biedaków.

POKOJ
Pusty pokój, gdzie są tylko poplątane myśli
A w kątach czarne pająki tkają sceneriusze
Z pastelowych nici do mych snów na jawie.
Jutro będzie inaczej.
Dzisiaj dobiega mety. Truchtem.
Sen czeka z zapartym tchem.

Pielgrzymka w Noc Świąteczną
Nie mam tu sani, ni konia, ni śniegu
Kuligiem nostalgii popędzę gdzieś w dal
Przez białe bezdroża, przez lasy i góry
W noc wygwieżdżoną do domu sprzed lat.
Cicho zapukam do milczących okien
I szeptem spytam czy mnie wciąż pamiętasz.
Tylko twe sny wyjdą na nasze spotkanie
I tylko przez sen uśmiechniesz się do mnie
Pielgrzyma, który szuka ginącego echa.
bo serce zostawił w domu niezamarłym
A tutaj ma tylko swą gęślę bezstrunną.

Wędrówki Tezeusza
Dałaś mi srebrną nić pajęczą
I szept nadziei, że ucieczka
Z dławiących splotów labiryntu
To dar Ariadny dla rycerza
Za jego bój z Minotaurem,
Czarnym demonem codzienności.

Zostawiam za mną ciemność roku,
Idąc ku wyjściu nikłych blasków.
Już cichnie ryk Minotaura
Bo złoty blask powrotu słońca
Zwiastuje nowy dzień ufności
I gwiezdne noce śnień wróżebnych.

Smok Chiński lśni na falach wody
Która ożywi nieurodzaj
Drżących trwożliwie oczekiwań
Na powrót mych zielonych marzeń,
Zapachu wonnej macierzanki
I śpiewu ptaków w brzasku dnia

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s


%d bloggers like this: